Instagram has returned invalid data.

Tygodnik z podtekstem – robienie laski, łaski i… oklaski

Pisząc ten tygodnik zerkam w kalendarz robiąc klasyczny rzut okiem wstecz i myślę sobie szczerze – z czym do ludzi? Cóż, dzisiaj będzie tak trochę niemrawo, a trochę szokująco. Nawet jedno zmartwychwstanie się załapie.

Niby lato, a już jesień. Od razu trzeba coś na siebie zarzucić, na sukienki robi się za chłodno, a moim domowym strojem nie jest już zwykły top w duecie z krótkimi spodenkami, a  grube spodnie do biegania i jeszcze grubszy golf. Czuję typowy dla siebie chłód przeszywający mnie aż do kości, brr 😀 Poważnie rozważam takie pokierowanie swoim życiem, by chłodniejszą część roku spędzać gdzieś pod uroczą palmą. Przynajmniej dopóki nie mam dzieci. Cóż, łudzę się, że ostatni tydzień września naprawdę będzie sporo cieplejszy, a potem spotka mnie łagodna i cieplutka zima, z temperaturami wyłącznie na plusie. 
Przynajmniej słońce ładnie zachodzi wieczorem…
Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Ania Kęska (@aniamaluje) 4 Wrz, 2015 o 1:59 PDT

No, może jest jeszcze kilka drobnych plusów września. Np. własne maliny z ogródka.

Niestety w ogródku nie da się mieć wszystkiego, np. figi, melony i banany to skomplikowana sprawa, dlatego kupuję je w sklepie 🙂 Mój przykładowy zestaw owoców możecie zobaczyć w tekście :

Co ja w ogóle jem? Czy jem tylko “niezdrowo”?

Ostatni deser wyglądał natomiast tak :

Maliny, jeżyny, melon, bita śmietana i trochę lodów czekoladowych ;-). Uwielbiam jeżyny! Są wspaniałe. Niestety te kupiłam w okolicznym warzywniaku i smakowały jak… no tekturowo. Znam świetne miejsce z jeżynami na wsi za miastem, ale porastają rów i pełno tam pokrzyw… no dobra, chwilowo nie mogę znaleźć czasu by zrobić te śmieszne 12 km rowerem.
A nie mam czasu bo… sprzątam.
To znaczy pracuję, a sprzątam to w wolnych chwilach.
Może po kolei – na blogu trochę cicho (jak na mnie). Zazwyczaj publikuję dużo, bo sprawia mi to frajdę i raczej nie jestem jedną z tych blogerek, które piszą coś tylko wtedy, gdy sponsor sypnie groszem (to pierwsza liga), lub gdy przyjdzie paczka z kremem na zmarszczki(to w lidze podwórkowej). Lubię być z boku. Cenię sobie to, że piszę co chcę i kiedy chcę, ale ostatnio jestem za bardzo pochłonięta innymi sprawami. Przeładowanie informacji, że tak się wyrażę. W dodatku dostałam swój plan na studia doktoranckie i zaczynam się zastanawiać, na co ja się porwałam? Gdzie ja upchnę naukę?
Wrzesień to naprawdę jakaś magiczna graniczna data, bo dostałam jakieś piętnaście (ok, sprawdziłam,równe trzynaście) maili z informacją, że ktoś z kim na jakimś polu pracuję, zmienia firmę, odchodzi czy zakłada coś swojego. W niektórych przypadkach mocno opóźniło to moją własną pracę, bo przecież ktoś musi zapoznać się z poprzednią korespondencją, a ma takich rzeczy do ogarnięcia całą masę, nie tylko sprawy związane ze mną ;-). A może jestem lekko sfrustrowana, bo wszystkie te maile, które są najmniej angażującą częścią mojej pracy, załatwiałam zawsze z poziomu kanapy albo zamiast przerwy “na papierosa” na balkonie, a teraz musiałam siedzieć przed komputerem?
Krótko i na temat, bo to historia znana – padł mi ulubiony, niezawodny, cienki i wygodny tablet. Tablet, który pozwalał mi na załatwienie maili i innych spraw w kolejce na pobranie krwi, autobusie i w nielicznych kilkunastominutowych blokach czasu. Tablet padł, naprawa okazała się kosztowna i “bez sensu” (co różnymi słowami przekazano mi w siedmiu serwisach gsm), więc  z odłożonej na małą renowację pokoju kasy, kupiłam nowy.

Nowy lepiej działa na baterii i jest trochę szybszy. Ale jest gruby, mniej wygodny i ma beznadziejny aparat. Stary miał gorszą baterię, ale był cienki, wciąż szybki i miał dobry aparat. Gdy zaczęłam się przyzwyczajać… stary tablet na chwilę ożył, jakby robił mi łaskę. Zdążyłam wykasować wszystkie dane i chociaż jest takich trochę ptakiem nielotem, to jednak żyje i… czuję się lekko zła ;-). Najchętniej miałabym wciąż stary tablet, ale sprawny i z dłużej trzymającą baterią, zamiast bezsensownego wydatku.

Wydatku, który zmusza mnie do kombinowania. Bo powiem jeszcze raz – sprzątam 🙂
Kontynuując wywód z tekstu :

Czy warto przeczytać książkę “Magia sprzątania”? Czy posprzątałam? 😀

zajmuję się właśnie tym wszystkim, co składa się na 15%. Miała to być kosmetyka, a jest mnie j kolorowo :).

Po pierwsze – skurczył mi się budżet :)). Mogłabym przesunąć środki trzymane na inne cele, ale nie. Po prostu nie. Krótka ściana jest pokryta żółtą tapetą w tandetny wzór, który kiedyś mi się podobał. Mam przed sobą opcję – zerwanie tapety, gładź, grunt, farba (pewnie coś pominęłam). Ta opcja pozwoli mi uzyskać białą równiutką ścianę, która już na dobre zagościła w wizji w mojej głowie. Niestety zajmie to dużo więcej czasu niż na to mam i pieniędzy, których mi szkoda inwestować w to wnętrze. Druga opcja jest prostsza – pomalować tapetę. Szybciej, taniej i… z utrwaleniem tego beznadziejnego wzorka. AAAAAAAAAAAAAAaaa! Should I stay or should I go now?

Inne:

Wieszak na kółkach – kupiony po taniości na allegro, czekam na dostawę.
Rolety – też kupione i też taniej niż zakładałam – czekam na dostawę.
Kołdra antybakteryjna, prześcieradło, poduszki, pościel – kupione
Stare biurko – zdemontowane, znalazło lepszy dom, a ja znalazłam więcej przestrzeni.
Moja nowa pościel sprawdza się cudownie :

Na żywo jest bardziej błękitna, a z drugiej strony ma mniej pstrokaty wzór z nielicznymi kwiatami i kolibrem ;-).
Oprócz ostatecznych poprawek i rozstawania się z rzeczami, spędziłam sporo czasu nad myśleniem o nowym wystroju. Chociaż bardziej może pasuje – planowaniem bardziej funkcjonalnego wykorzystania przestrzeni.
Roleta – jasna sprawa, powinna znacznie umilić mi funkcjonowanie.
 Zanim skurczył mi się budżet, myślałam o:

  • Miękkim kocyku, np. tym (klik) lub tym (klik) – ostatecznie zadowolę się obecnym w panterkę 😉
  • Uroczych lampkach, które nadają wnętrzu przytulności. Po namyśle doszłam do wniosku, że mam podobny kulisty łańcuch. Co prawda w nieco bardziej świątecznych barwach i bez włóczki, ale jeśli zechcę otulić czymś lampki, pokuszę się jakieś małe DIY. Plus całej sytuacji jest taki, że swoją girlandę powiesiłam nad biurkiem i nie kurzy się w pudle. Te ze zdjęcia (są różne warianty kolorystyczne) kosztują 34,99 zł (kliki wydają się całkiem fajną opcją, szczególnie ze względu na zasilanie na baterie. Moje są typowo świąteczne z wielkim zasilaczem, który sporo ogranicza ich mobilność :(. 
  • Kusiła mnie też nowa szafa, ale stanęło na przenośnym wieszaku na kółkach, który idealnie wpasuje się we wnękę między obecną, niezbyt dobrze przemyślaną szafą a ścianą.
    Gdy wspomniałam o tym, że planuję zakup nowej pościeli, kilka osób pytało mnie, jaką polecam. Po przewertowaniu ofert sklepów stacjonarnych i internetowych, kupiłam antybakteryjną kołdrę w Netto (200×220 cm kosztowała chyba 79 zł), poduszki ostatecznie mam ciut większe niż poszewki, ale się dopasowały. Gdybym nie zdążyła kupić tej kołdry, miałabym całkiem spory wybór, bo chyba wszystkie sieciowe sklepy mają teraz takie rzeczy w aktualnej ofercie 😀 U mnie odpada opcja jeżdżenia specjalnie do Bydgoszczy, bo to zajmuje sporo czasu – takie zakupy robię albo blisko, albo przez internet. No ale do rzeczy – całkiem sensowną kołdrę będzie miał Lidl (klik) , jest o tyle fajna, że można ją prać w bardzo wysokiej temperaturze i składa się z dwóch warstw, które mogą funkcjonować jako osobne kołdry. Czyli cieniutka na lato, lub dwie spięte razem na zimę. Fajna sprawa 🙂 W lidlu jest też fajna pościel (klik) i prześcieradła, ale te drugie są tańsze w biedronie (klik) i chyba nawet mają ładniejsze kolory ;-).

    Opisując minusy książki “Magia sprzątania” (nadal podtrzymuję, że jest dziwna) zapomniałam dodać, że kompletnie nie przemawia do mnie wizja wyrzucania przedmiotów. Raczej nie kojarzy mi się to z lansowaną w tych samych książkach i przez tych samych autorów filozofią slow, zrównoważonych, odpowiedzialnych zakupów i tak dalej. Jasne, jako osoba potencjalnie często chorująca, utylizuję szczoteczki do zębów czy kołdry częściej niż inni i nie szukam dla nich opcji recyklingu, ale  generalnie wyrzucanie nie jest rozwiązaniem. Jest zmarnowaniem istniejących już zasobów. Afryka i tak jest już śmietnikiem Europy. Wiele zniszczonych sprzętów można naprawić lub odnowić, to samo z odzieżą. Można ją też przerobić lub oddać komuś, komu się przyda. Część rzeczy można sprzedać. Opcji jest bardzo wiele.

    Budowa domu z plastikowych butelek, Nigeria (fot: Andreas Froese/ECOTEC)

    Ja nie jestem pod tymi względami za bardzo utalentowana, ale szukam zastosowań dla przedmiotów, które zdaniem Marie Condo powinnam wyrzucić. Mam na to trochę mało czasu, ale traktuję to jako ćwiczenie kreatywności.

    Na zdjęciu nożyczki, folia lustrzana (resztki) oraz ozdobny talerz. Na którym ktoś nożem coś za mocno pokroił, zdrapując ozdobną warstwę.
    Powinnam pewnie się talerza oraz skrawków folii pozbyć, ale próbuję przerobić go na ozdobną paterę ;-). Próbuję też uruchomić inne pokłady kreatywności i wykorzystać możliwie jak najwięcej “zbędnych” przedmiotów.

    A już kończąc całkowicie temat wnętrz i dekoracji, to ukazał się nowy katalog IKEA. (klik). Tak, potrafi wciągnąć na długie chwile, dlatego nawet nie zaglądam do wersji elektronicznej. Prawdziwa ikea też wsysa człowieka na godziny – dlatego wyszukałam wieszak na allegro – wiem, że niewinny wypad do ikei skończyłby się na całym dniu zakupów, z wegańskimi klopsikami i tartą migdałową na deser. Spojrzałabym zdumiona na zegarek by zauważyć, że gdzieś mi się rozmyło kilka godzin, a to przecież niemożliwe 😀

    Ok, Ikea wciąga – ustalone. Natomiast książki z serii “Pokolenie ikea” wciągają mniej :

    Narratorem jest Piotr C, “Czarny”, prawnik w korporacji. Książka nie ma za bardzo fabuły, opowiada o wiecznym nienasyceniu, którego nie zaspokoi żadna przygoda na jedną lub kilka nocy. W zasadzie książka brzmi jak gimnazjalne przechwałki zakompleksionego samca. Jeśli zarabiasz 1500 zł i masz kredyt, a myślisz że zarabianie sumy sześć razy większej rozwiązałoby twoje problemy – przeczytaj, zobaczysz jak niewiele to zmienia, gdy mentalnie jest się wciąż dzieciakiem (i też ma się kredyt i meble z Ikei). Smuci mnie pogarda wobec ludzi urodzonych “niżej”, która kilka razy przewinęła się między słowami i ogólny promiskuityzm. Sporo fragmentów jest trafnych, sporo kojarzy mi się z tymi facebookowymi słowami typu “te myśli”, a jeszcze więcej fragmentów się powtarza. Wielokrotnie powtórzony dowcip przestaje śmieszyć. Drażni mnie też portret ludzi wysysanych przez korporacje, którzy tak przedmiotowo traktują własne dzieci. Pokolenie Ikea to nie moje pokolenie. To jakby drugi alternatywny świat, który wiem że istnieje, ale uosabia kierunek, którym nie chcę nigdy w życiu podążać.  Mimo to, jest kilka błyskotliwych myśli, czasem jakaś trafna autorefleksja, a końcówka drugiej części daje jakąś nadzieję.
    Można przeczytać gdy nie ma nic lepszego pod ręką. Ja przeczytałam tylko dlatego, że obie części były w abonamencie z czytnikiem za złotówkę (tutaj cały tekst o tym – klik)

    Na moim blogu ukazało się jeszcze:

    Fryzura dnia : nowoczesny bob Dianny Agron

    to tekst Moniki, podoba mi się sesja z magazynu Nylon i makijaże lat 60′ :). 
    Oraz mój przegląd butów, gdzie znajdziecie podlinkowane wszystkie elementy moje stroju :). Szczególnie pokochałam dopasowaną w talii spódnicę midi, która jest cudowna 🙂
    W sieci :
    • Konferencja Zmiany w życiu, z całkiem fajnymi prelegentami i jak mniemam – solidną dawką motywacji. Czytałam kilka książek Katarzyny Miller, gdybym była z Warszawy, poszłabym na konferencję w ciemno :).
    • Jakie ryzyko niesie za sobą bycie zdolnym uczniem – potrzebny tekst
    • 64% badanych internautów doświadczyło hejtu w internecie, a 68% badanych przyznało się do hejtowania innych wirutalnie – to najnowsze wyniki badania kampanii Recepta na hejt. Słabo to o nas świadczy, prawda? Tym bardziej w podobno chrześcijańskim kraju, gdzie kochamy bliźniego jak siebie samego, nie mówimy o nim fałszywego świadectwa i nie pożądamy żadnej jego rzeczy… Cały raport można przeczytać tutaj (klik)

    moje ukochane, cudownie wygodne buty (klik) – obiektywnie są idiotyczne – niby zabudowane, ale  z odkrytym palcem, niby szpilki, a skracają nogi… ale chyba właśnie za to je uwielbiam. Są niesamowicie stabilne, uwielbiam!

    • Mały throwback – nie mogę uwierzyć, że w 2013 miałam takie włosy. Nie dość, że długie, to jeszcze czarne i kurczę – ja pisałam takie krótkie posty na bloga?! Czuję się, jakby to było w innej galaktyce. Czarne włosy?! 
    Piosenka z klaskaniem lepszym niż u Rubika :

    i stara kampania zachęcająca do wizyt u dentysty. Jak tam twój oral?

    Tandetny podtekst można wybaczyć, bo w słusznym celu.

    Ah, i jeszcze jedna fajna rzecz z sieci :

    Od razu mniej petów na ulicach. Chociaż wolałabym, aby nie było ich wcale, palenie jest raczej głupie :).

    Zapraszam na mój instagram i życzę miłych snów 🙂

    Niektóre teksty widzą tylko subskrybenci (nie lądują na “głównej”) –

     jeśli chcesz być na bieżąco, zostań obserwatorem w google lub na bloglovin 🙂 A jeśli dany tekst Ci pomógł, sprawisz mi przyjemność, jeśli klikniesz +1 w g+ pod tekstem 🙂

    Follow on Bloglovin

    Komentując oświadczasz, że znasz regulamin

    Uściski, Ania

    Dodaj komentarz

    avatar
      Subscribe  
    Powiadom o
    Previous
    Fryzura dnia : nowoczesny bob Dianny Agron
    Tygodnik z podtekstem – robienie laski, łaski i… oklaski