Co ja w ogóle jem? Czy jem tylko “niezdrowo”?

Pytania o moją dietę stale powracają jak bumerang. Dostaję maile z pytaniami jakim cudem czuję się lepiej, skoro na instagramie ciągle pokazuję niezdrowe jedzenie, co ja w ogóle jem i inne takie. Pomyślałam, że strategia spowiadania się z grzechów za pośrednictwem insta jest kulawa – kreuje fałszywy obraz.

Zacznijmy od tego, że jem  dużo. Typowo między 4 a 5000 kcal dziennie, chociaż pewnie zdarza się, że zeżrę z 8 tys. Zużywam bardzo dużo energii na zwykłe procesy życiowe, a to co zalecają lekarze jest przeciwieństwem zaleceń dla zdrowego człowieka – dla mnie rogaliki maślane, białe pieczywo, polewanie ziemniaków tłuszczem czy dodawanie majonezu do kanapki jest wręcz wskazane. Creepy? Opisałam to szczegółowo w tekście : jaka dieta jest najlepsza dla wszystkich? . Jeśli nasunęło Ci się DASH albo środziemnomorska, to mogę się uśmiechnąć, bo gdybym była zdrowa, tak pewnie bym jadła ;-).
Tę część historii stali czytelnicy pewnie znają. Tylko, cholerka – umknęło mi gdzieś napisanie o drugiej stronie medalu. Istnieje coś takiego, jak niedożywienie jakościowe – możesz mieć 200 kg nadwagi i taki brzuch, że na lotnisku biorą cię za przemytnika  i jednocześnie być niedożywionym. Bo brakuje Ci witamin i żelaza, krzemu czy czego tam jeszcze.
Dlatego oprócz tego, że moim priorytetem jest kalorycznie, staram się jeść dużo obiektywnie zdrowych produktów, by dostarczać sobie kompletu niezbędnych substancji. Jasne, nie idę na całkowity skrót i nie zjadam dziesięciu snickersów popitych pepsi – staram się jeść mało pokarmów śluzotwórczych. Stąd podstawą mojego menu są sycące zupy (klik) [klik to takie rozwinięcie, w tym przypadku lista przepisów i moich ulubionych zup ;)], zdrowotny rosół (klik), rozgrzewające makarony z sosem, naładowane imbirem, grzybami azjatyckimi, kaszą jaglaną, cebulą czy kapsaicyną, sycące omlety i tak dalej.
Nie piję słodkich gazowanych napojów, ale ich nie demonizuję – zazwyczaj mdleję po pobraniu krwi i po kilku takich akcjach kazano mi przychodzić z sokiem porzeczkowym albo pomarańczowym, żebym szybko po badaniu uzupełniła cukier – dzisiaj każą mi przyjść z colą lub pepsi, bo sok nie dawał rady ;-). Zatem tak, nawet te napoje mają jakiś sens. 
Mam też czasami tak, że po prostu muszę zjeść B-smarta z I-twistem, maślanego rogalika czy batona. Nie jest to codzienna norma i nie sądzę, aby w chwilach dominacji instynktu nad rozumem obiektywnie niezdrowe pokarmy stanowiły więcej niż 20% mojej diety. Zazwyczaj na pewno nie przekracza to 10%, ale wiem, że te 10% i tak jest konieczne – gdy mam fazę pod tytułem “muszę”, jestem jak kobieta w ciąży i będę nieszczęśliwa aż nie nie pochłonę tej pizzy.
Jem także bardzo dużo obiektywnie zdrowych rzeczy. Z tym, że mój pasztet jaglany wygląda jak ostateczny produkt układu pokarmowego i raczej nie robię mu zdjęć na instagram. Jajecznicy nie muszę ozdabiać, by mieć na nią ochotę (co również czyni ją nieatrakcyjną i niefotogeniczną) a smoothie (zobacz też : Jak zrobić smoothie)  na bananie nie ma pięknie nasyconego koloru i wstawienie jego zdjęcia byłoby raczej antyreklamą tego fantastycznego wynalazku ;-).
Bardzo sycący sos na bazie kurczaka, cebuli, imbiru i chilli z grzybami mun i pędami bambusa, bez obaw mogę wsunąć z białym makaronem, bo imbir (klik), kapsaicyna i kwercetyna są przeciwzapalne i wychodzę wciąż na plus pod kątem samopoczucia.
To wszystko sprawia, że uchodzę za osobę, która świeci złym przykładem. Zatem przedstawiam moje zdrowe produkty z ostatnich 24h :
Smoothie na bazie horchaty, mleka kokosowego, malin, jeżyn i borówek.
Dzienna porcja owoców : opakowanie jeżyn i borówek, figa, dwa jabłka, 3 nektarynki, garść malin, ponieważ jest solidna promocja na wszystkie owoce (klik),  a w biedronce na figi (klik)
Aktualnie ulubione “suplementy”. Kto potrafi zidentyfikować wszystkie? 😉
Jajko sadzone, na bazie rzecz jasna jaj od szczęśliwej, wiejskiej kury (lepszy stosunek omega 3 i 6). Tak, foremkę niechcący położyłam odwrotnie, stąd się nie udało ;-).
Oprócz tego był obiad złożony z puree z koperkiem, kotletów mielono-jaglanych z masą majeranku i zasmażane buraczki, oraz do zjadania w ciągu dnia zupa warzywna z kaszą jaglaną, imbirem i ekstraktem z ostrych papryczek.
Piłam dzisiaj wodę z imbirem, wodę z cytryną i zieloną herbatę z ananasem.
Grzeszek? Owszem, bardzo słodkie muffinki, które – tak, wreszcie mi wyrosły. W końcu zdecydowaliśmy się wymienić kuchenkę na taką z piekarnikiem elektrycznym 😉
Jeśli chcecie przepis – dajcie znać 😉
Zamierzam między tekstami zamieszczać też takie drobniejsze, na wzór tego o imbirze, czyli co jem albo aktualnie suplementuję i dlaczego. W jakim celu przechyliłam słowo aktualnie? Bo jem coś do znudzenia, np. mam tydzień fazy na rosół, a potem na coś innego. Ostatnio jadłam ciągle banany, wcześniej – wszelkie orzechy. Obecnie ciągle jem kanapki z wędzoną piersią kurczaka, masłem i majonezem, wcześniej przez tydzień jadłam je wyłącznie z pesto i pomidorkami koktajlowymi. Moja aktualna “chcica” ujawnia się najpóźniej w sklepie. Zazwyczaj “menu” czyli jakąś bazę planuję  raz w tygodniu przeglądając aktualne gazetki – nie cierpię zakupów i kupuję tam, gdzie blisko, zazwyczaj zahaczając o dwa dyskonty. Częsta rotacja produktów skłania mnie do testowania nowości, np. z kuchni greckiej, hiszpańskiej czy azjatyckiej, czasami dodaję sobie “apetytu” jakąś foremką czy innym fikuśnym kuchennym gadżetem – całkiem jak matki układające niejadkom stworki na talerzach.
Dlaczego tak ważna jest dla mnie baza? Gdy mam podstawowe produkty i przekąski, mniejsza jest szansa na to, że będą mnie kusić inne rzeczy. Tym sposobem w tym tygodniu w ramach codziennych zakupów kupuję co chwilę jakieś świeże owoce (bo promocja), gotowy do walki z “coś bym zjadła, ale nie wiem co” czeka łosoś (też w promocji), a w garnku jest aromatyczna zupa warzywna.
PS. jeśli uważacie to nienormalne, podsyłam artykuł o pływaku, który zjadał nawet 12 tysięcy kcal dziennie (tak, pizzę i tak dalej), a był umięśniony, szczupły i zdobywał złote medale na Olimpiadzie – (klik). Zużywał więcej energii – ot cała filozofia. On na pływanie, ja na oddychanie, codzienny ruch fizyczny, 6 km szybkiego spaceru (zazwyczaj na obcasach) i … kaszel ;-).
Dobra, to komu udało się odgadnąć, co tam jest na zdjęciu w tych pojemniczkach? Oczywiście oprócz cytryny ;-)).
Tymczasem idę zrobić sobie kanapek z kurczakiem i majonezem :). Pa!

Hej! Komentarze są troszkę niżej i obsługuje je Disquss 🙂

Niektóre teksty widzą tylko subskrybenci (nie lądują na “głównej”) –

 jeśli chcesz być na bieżąco, zostań obserwatorem w google lub na bloglovin 🙂 A jeśli dany tekst Ci pomógł, sprawisz mi przyjemność, jeśli klikniesz +1 w g+ pod tekstem 🙂

Follow on Bloglovin

Komentując oświadczasz, że znasz regulamin

Uściski, Ania
Previous
Jakie buty na jesień? Moje ulubione + przegląd sklepów :)
Co ja w ogóle jem? Czy jem tylko “niezdrowo”?