Instagram has returned invalid data.

Bohemian Rhapsody – film o Freddiem Mercurym z perspektywy fanki

Queen i Freddie Mercury to moja wielka muzyczna miłość, o której pisałam na blogu stanowczo zbyt często. Plotki o różnych ekranizacjach historii muzyka i zespołu słyszałam od bardzo dawna i przeżywałam je wszystkie dość mocno. Dzisiaj trochę mi wstyd, że byłam team Sacha Baron Cohen. Rami Malek jako Freddie Mercury wypadł naprawdę bardzo dobrze.
Guaranteed to blow your mind?
Niekoniecznie.
Mogłabym napisać, że film Bohemian Rhapsody rozczarowuje (bo tak w istocie jest), ale kończąc w tym miejscu bardzo minęłabym się z prawdą.
Nie da się opowiedzieć historii tak skomplikowanej osoby w jednym kinowym filmie, szczególnie gdy w kształt scenariusza mocno ingerują żyjący członkowie zespołu (co wcześniej blokowało pracę nad obrazem). W kinie bawiłam się świetnie i uroniłam kilka razy łezkę. Po seansie usłyszałam, że wyglądam na mocno rozczuloną. To dobre słowo! 
Czuję ogromną ulgę, że mogę opowiedzieć o filmie nie bojąc się o żadne spoilery, bo wszyscy historię Freddiego znają. Nie jest to wartka, budująca napięcie opowieść, w której wszyscy wyczekują na zakończenie. Cóż mogę rzec –  I guess we know the score. Ale to piękna opowieść o stawaniu się sobą. Albo kimś więcej.
Detale
 To jest majstersztyk. Freddie był drobiazgowy, zwracał uwagę na najmniejsze szczegóły i dbałość o detale w filmie bardzo mnie rozczuliła. Dokładnie odwzorowany ubiór i każdy najmniejszy gest robią wrażenie. Rami Malek przygotowując się do filmu korzystał z usług coacha ruchu. Brzmi dziwnie, ale efekty są piękne. Specyficzne ruchy dłonią, mimika, sposób poruszania się na scenie…
Rzućcie okiem na trailer, oddaje namiastkę tego, o czym mówię (scena imprezy, gdy Freddie ma na głowie koronę i ten gest ręką💕)

Rami Malek w tym filmie nie gra Freddiego. On nim jest.
Gdy podczas sceny słynnego koncertu Live Aid na stadionie Wembley zobaczyłam ustawienie i zawartość kubków z napojami – szczerze się wzruszyłam. Pod tym względem dbałość o detale uradowała moje serduszko mocno.
Jeśli chodzi o samą historię, to trochę mniej. Pominięto bardzo wiele ważnych wątków, niektóre trochę zmodyfikowano lub przestawiono na osi czasu. Póki żyje Brian May, zapewne nie ma szans na film poruszający więcej ciemnych stron osobowości muzyka, ale na szczęście udało się uniknąć przesadnego patosu. Bo co tu kryć – Freddie bywał strasznym bucem i w tych momentach bliżej mu było do rozkapryszonej księżniczki niż królowej. Niektóre z tych momentów wylądowały w filmie.
Obraz w całej swej tragedii bywa miejscami zabawny. Może to nie dowcip Szekspira i rozmach opery, ale kilka mniej lub bardziej suchych żartów szczerze rozbawiły publiczność. Jest kilka drobnych wątków, które szczerze uradowały moje serduszko.

Np. delikatnie wpleciona informacja, że Freddie był Parsem – a to grupa prześladowana przez muzułmanów. Ze względu na specyficzną urodę często nazywano go pogardliwie Pakistańczykiem i właściwie poczułam jego ból gdy tak nazwał go Paul Prenter.

Chyba wszyscy znamy kogoś, kto wydawał się przyjacielem lub “właściwą osobą”, a jest podstępnym, jadowitym wężem. Ja znając historię muzyka nienawidziłam Paula od pierwszych minut na ekranie. Budzi we mnie podobną odrazę co stanowczo zbyt długo używana, mokra i obślizgła gąbka do mycia naczyń. 
Jego rola została odegrana bardzo dobrze i chyba wszyscy znamy jakiegoś fajnego człowieka, który wchodzi w związek z niewłaściwą osobą i wszystkie negatywne reakcje dawnych przyjaciół odbiera jako atak…  a przejrzenie na oczy następuje zbyt późno.
Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy po zakończonym związku wyciągają publicznie intymne historie dotyczące byłego partnera czy szantażują go zdjęciami – Paul Prenter budzi moją szczególną odrazę, bo zrobił to dla pieniędzy. 32 tysiące funtów – tyle dla niego znaczył Freddie.
Cóż, prawie każdy z nas prędzej czy później da się nabrać jak gnój na widły i spotka na swojej drodze takiego Paula Prentera i otrzyma swoją porcję piasku kopniętą w twarz.

A zasługuje na poznanie takiej Mary Austin. Grająca ją Lucy Boynton jest w tym filmie radosna i pełna entuzjazmu. Nietrudno zrozumieć, za co pokochał ją Freddie. Mimo ogromnej sławy i sukcesu był człowiekiem cierpiącym i samotnym. Mary była kimś, kto w niego szczerze wierzył od samego początku. A trzeba przyznać, że brzydki biedny imigrant o wielkich zębach i ekscentrycznym sposobie ubierania się to zestaw, który nie brzmi jak materiał na legendę. Mary widziała w nim kogoś wyjątkowego od początku i film pięknie to oddał.
 Życie różnie się toczy i czasami nie możemy być z kimś, kogo kochamy, ale w pewnym sensie Freddie kochał ją do samego końca. Cholernie rozczulił mnie moment, w którym powiedział, że w pewien specyficznie dobry sposób czuje się tylko w dwóch sytuacjach – gdy jest na scenie i gdy jest z Mary.
Mimo całego swojego charakteru i ciętego dowcipu – był człowiekiem bardzo osamotnionym, choć zanurzonym w tłumie podziwiających go ludzi. Ironicznie smutne.

I to może być dobra konkluzja na koniec – życzę Wam wszystkim poznawania więcej ludzi w stylu Mary Austin niż Paula Prentera.

Jeśli nie lubisz tej muzyki – film może być trochę męczący, ja bawiłam się świetnie! Nie mogę być zła na spłycenie postaci i niektóre wątki, bo wiem z czego wynikają. Nie jest to film dorównujący legendzie Freddiego, ale wciąż jest to przyjemny w odbiorze obraz. Pewnie przejdę się do kina drugi raz, ode mnie – 6.5/10,  z miłym uczuciem ciepełka w serduszku.

Inne moje teksty:

100 powodów by kochać Queen

Czego nauczył mnie Freddie Mercury



Bądź na bieżąco! 

  INSTAGRAM ❤ FACEBOOK 
❤ FACEBOOK MONIKI 

Niektóre teksty widzą tylko subskrybenci (nie lądują na “głównej”) –

 jeśli chcesz być na bieżąco, zostań obserwatorem w google lub na bloglovin 🙂 A jeśli dany tekst Ci pomógł, sprawisz mi przyjemność, jeśli klikniesz +1 w g+ pod tekstem 🙂

Follow on Bloglovin

Komentując oświadczasz, że znasz regulamin

Uściski, Ania

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Previous
San Marino – uroczy raj podatkowy i fakty, które cię zaskoczą
Bohemian Rhapsody – film o Freddiem Mercurym z perspektywy fanki