Szybciej, mocniej, więcej, bardziej. Postaraj się więcej, wstawaj wcześniej, kładź się później.
Nie wiem jak wy, ale ja nie kupuję tego bullshitu. Mam pracę, którą uwielbiam - copywriterka daje mi mnóstwo satysfakcji, lubię poprawiać wyniki i czuć, że moja praca pomaga komuś zwiększyć sprzedaż albo zredukować czas spędzany na odpowiadaniu na pytania klientów, bo zgrabnie naskrobałam wyczerpujący opis. Ale też potrzebuję przerwy. Nie powinniśmy żyć w świecie, w którym pracujących ludzi często nie stać na samodzielne wynajęcia  mieszkania,  albo jedna wizyta u dentysty wpędza ich w długi. Jeden pełny etat powinien zapewniać pieniądze na godne życie.

Pamiętam jak kiedyś chciałam podkręcić kartę graficzną, by pograć w grę.
Pograłam. Chwilę.
Karta się spaliła.

Uczę się pracować mniej. Poleżeć brzuchem do góry. Zabrać książkę do parku. Odpoczywać. 
____
#lavieparisienne #vieparisienne #frenchfashion #howtobeparisian #takemetoparis #lestyleàlafrançaise #frenchstyle #parisvibes #neutralstyle #styledujour #lookdujour #parisianlifestyle #parisstyle #classicstyle #womenwithstyle #springoutfits #theparisguru #parisianblogger #frenchvibes #parismood #modeaparis #myparisstyle #parisianchic #aestheticlypleasing #aestheticoutfit #postitfortheaesthetics #ootdsubmit #darlingdaily

Szybciej, mocniej, więcej, bardziej. Postaraj...

Kiedyś nie lubiłam swoich nóg , bo są krzywe. najkrótsze sukienki jakie nosiłam były za kolano. No i głównie wybierałam spodnie.
To było głupie, wyrosłam z tego.
Ale wiele moich koleżanek wciąż jest na tym etapie. Nie założą latem szortów bo mają nogi: za blade, za chude, za grube, z cellulitem na który na pewno wszyscy będą patrzeć, z siniakami, pajączkami albo wuj wie co jeszcze. 
Kobietom zdarza się też odmówić spontanicznego wyjścia na basen czy nad jezioro, bo się nie wydepilowały.

Hmm, chodziłam ostatnio w krótkich sukienkach, chociaż nóg nie goliłam dwa tygodnie. Zazwyczaj co niedzielę sięgam po depilator, ale jakoś jedna mi wyleciała, a w kolejną jak miałam czas na ogarnianie siebie, to zrobiła się trzecia w nocy. Nie chciałam budzić sąsiadów bo depilator chodzi jak kosiarka.
Rok temu zrobiło mi się słabo i zaliczyłam glebę. Najpierw chodziłam z dwoma dorodnymi strupami na kolanach, potem z białymi śladami po nich. I też chodziłam w krótkich sukienkach, walić to. Może ze dwa razy jakiś Janusz skomentował, że chyba był awans w pracy, ale kto rządzi moim życiem, ja, czy strach przed spojrzeniami Januszy?😉 Nieważne jak wyglądają Twoje nogi, masz prawo chodzić w czym tylko chcesz. Czy masz 45 kg czy 145, czy nogi blade czy opalone, gładkie czy owłosione, paznokcie pomalowane czy nie. Nieważne, czy masz siniaki, pajączki, strupa, mnóstwo bąbli od komarów czy cellulit. To Twoje ciało.
Rób z nim co zechcesz! 🤗

#lavieparisienne #vieparisienne #frenchfashion #howtobeparisian #takemetoparis #lestyleàlafrançaise #frenchstyle #parisvibes #neutralstyle #styledujour #lookdujour #parisianlifestyle #parisstyle #classicstyle #womenwithstyle #springoutfits #theparisguru #parisianblogger #frenchvibes #parismood #modeaparis #myparisstyle #parisianchic #aestheticlypleasing #aestheticoutfit #postitfortheaesthetics #ootdsubmit #darlingdaily #wbutachbrilu

Kiedyś nie lubiłam swoich nóg...

Kocham lato. Sporo rzeczy w nim mnie wkurza - komary i nagrzany beton, bo wycinka drzew pod nowy parking. Ale więcej zachwyca.
Zieleń. Polne kwiatki. Rumianek. Że kwitnie czarny bez, a syrop z bzu to najlepszy dodatek do lemoniady na świecie. Że rosną maki. I dmuchawce aż się proszą o zdmuchnięcie. Można nosić zwiewne sukienki. Najlepszy strój świata, majtki, sukienka, klapki i jesteś gotowa. Że można poczytać książkę w cieniu pod drzewem. Objadać się lodami i mówić, że to dla ochłody. Chodzić do kina plenerowego. Siedzieć nad Wisłą. Zajadać się mizerią. Albo truskawkami. 
Lada moment stanieje fasolka, i będę ją z lubością polewać bułką tartą na maśle. Przy obecnych cenach masła to będzie droższe niż kawałek schabu, ale to dla mnie smak lata. Tak samo jak kalafior.
Za co Ty kochasz lato? Tylko dobre rzeczy!
#lavieparisienne #vieparisienne #frenchfashion #howtobeparisian #takemetoparis #lestyleàlafrançaise #frenchstyle #parisvibes #neutralstyle #styledujour #lookdujour #parisianlifestyle #parisstyle #classicstyle #womenwithstyle #springoutfits #theparisguru #parisianblogger #frenchvibes #parismood #modeaparis #myparisstyle #parisianchic  #aestheticlypleasing #aestheticoutfit #postitfortheaesthetics #ootdsubmit #darlingdaily

Kocham lato. Sporo rzeczy w...

Widzicie to białe pudełko na zdjęciu? Zrobiłam sobie w Tunezji małą symulację i nie spakowałam kosmetyków. Kupiłam je na lotnisku i wcale nie wydałam na to ogromnej kwoty - ja zapłaciłam taniej niż w sieciowych drogeriach. Dużo taniej za porządny zestaw - róż, maskara, pomada do brwi i rozświetlacz zapłaciłam 113 zł zamiast rynkowej ceny 310. Chodźcie na bloga zobaczyć jak to zrobiłam ;) Rozwiewam tam też  kilka mitów związanych z podróżowaniem, w które zadziwiająco często ludzie wierzą oraz mam dla Was super zniżkę - 20% na zakupy w @aelia_duty_free_polska - idealna okazja by kupić taniej swój ulubiony podkład albo perfumy.

#Tunezja #zakochaniwtunezji #discovertunisia #podróże #rabat #zakupy #kosmetyki #podróżemałeiduże #wakacje #sukienka #lato #girlsborntotravel #travelgirl 
Post we współpracy z @aelia_duty_free_polska 
Zdjęcie; @adriandmoch

Widzicie to białe pudełko na...

Moja koleżanka miała koszmarną promotorkę. Nie odpisywała na maile, wyrzucała kawałki pracy, które wcześniej zaakceptowała, olewała swoje seminaria i w ogóle nie była pomocna. Dawała jednak bardzo wyraźne aluzje, że poprzedni rocznik kupił jej w podzięce piękną biżuterię.

Prezenty są miłe, ale bywają kłopotem dla wszystkich stron. Dlatego na moim kanale na Youtube (link w stories) opowiadam o tym, co uważam o prezentach na zakończenie roku w szkole. Czy wypada dać? Co dać? 
A jeśli masz jakąś ciekawą historię związaną z takim prezentem - podziel się w komentarzu.
Ja najbardziej lubiłam te wszystkie koślawo narysowane kwiatki, przytulaski i deklaracje, że jestem najulubieńszą panią😉
#szkoła #zakonczenieroku #zakonczenierokuszkolnego #wakacje #lato #nauczyciel #prezent #aniamaluje #niedziela #dziendobry

Moja koleżanka miała koszmarną promotorkę....

Kocham lato. Nazrywałam sobie kwiatków, kupiłam kilka przepysznych rzeczy. #szparagi i #pomidory (czekoladowe, moje ulubione!) skropione oliwą i przykre boczkiem pieką się właśnie w piekarniku. Z awokado zrobię przepyszne guacamole, które zjem z gruzińskim puri (na zdjęciu w papierowej torbie, do mojego woreczka na pieczywo się nie mieści). Jestem bardzo dumna z tych zakupów, bo dało się #bezplastiku i #zerowaste, chociaż kobiałka prawie mi się rozpadła w drodze ;). Ale jestem też przerażona kierunkiem, w którym zmierzamy. Ja miałam ogromny komfort, że mogłam czasowo pozwolić sobie na zakupy na bazarku. Że miałam też taki bazarek w rozsądnej odległości. Że nie byłam po pracy obładowana własnymi siatami, służbowym laptopem, na którym zabieram pracę do domu i torebką wypchaną pudełkiem w którym noszę lunch i butelką termiczną, więc miałam wolną rękę na kobiałkę. Że mam tyle przestrzeni w głowie, by dowiedzieć się trochę więcej o środowisku i działać, a nie zaprzątam myśli kalkulowaniem z którym rachunkiem bezpieczniej się spóźnić - czy lepiej mieć zaległości za prąd czy za telefon, bo akurat musiałam wydać pilnie na dentystę a nie miałam poduszki finansowej.
Ale i tak zaraz przyjdzie tu ktoś, kto nie pozwoli mi stawiać swoich małych kroczków i palcem wytknie 3 plastry boczku na szparagach albo zakup awokado, bo do jego produkcji zużywa się dużo wody.
Myślę, że z excela jasno wychodzi, że światu bardziej przyda się 100 osób ograniczających złe nawyki o 50%, niż 3 będące w 95% eko, ale osłabiające morale innych gdy tylko wdrożą jakąś mąłą zmianę.
#zakupy #eko #próbuję #szczerze_pisząc #aniamaluje #vintage #jedzenie #czystamicha

Kocham lato. Nazrywałam sobie kwiatków,...

Tu był długi opis, ale za dużo hashtagów i instagram zjadł.
Pisałam, że robiłam dzisiaj porządki - audyt obuwia, bo lubię zanosić zniszczone buty do szewca i patrzeć na ich nowe życie. Odświeżanie letnich ubrań, bo lato zaskoczyło mnie wpadając bez wiosny. Ale w połowie wyszło jak zawsze, zrobiłam straszny bałagan i poszłam czytać książkę. Z polecenia @karolinakovalska „Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek”. Ładne! Połknęłam na jeden raz. Aż żal.

Tu był długi opis, ale...

Pierwszy dzień po podróży to zawsze pranie i inne prace porządkowe, których szczerze nie znoszę, ale są koniecznością. Potrzebne było więc przepyszne ale też szybkie #jedzonko.
Upiekłam małe #pomidorki i fasolkę (ale tylko dlatego,że sprzątałam lodówkę, fajniejsze będą bataty, szparagi). Mix sałat, świeża #burrata i trochę kremu balsamicznego. Proste, pyszne i w sumie jedno z tych dań, które zaspokaja nie tylko głód, ale też inne zmysły. Burrata to moje odkrycie zeszłego roku, nie wiem jak mogłam żyć nie wiedząc o jej istnieniu, chyba będę musiała na nowo odwiedzić wszystkie miejsca we Włoszech, w których dotąd byłam😈 #burratacheese #burratagram #burrataporn #przepis #jedzenie #obiad #pycha #mniam #salatka #sałatka #salad #omnomnom #mniam

Pierwszy dzień po podróży to...

Większość zdjęć w rodzinnych albumach (u mnie) ma mnóstwo prześwietleń albo cieni w złych miejscach, totalnie randomowe pozy, bo ktoś z kiepskim wzrokiem strzelał na oślep. Ciekawe czy za 10-20 lat z podobnym poczuciem obciachu będziemy patrzeć na obecne trendy. Czy instagramowa stylistyka będzie postrzegana w ten sam sposób, co niegdyś meblościanki, które były w każdym domu i stanowiły powód do dumy.
Taka drobna myśl po wczorajszym oglądaniu zdjęć z dzieciństwa w różnych zakątkach internetu. Bardzo fajne to było!
#palmiarniagliwice #palmiarnia #czerwonasukienka #lumpeks #lumpeksowezdobycze #secondhand #palmhouse #jungle #plantlady #roślinki #niedziela #dziendobry #blogerka #podróżemałeiduże #silesia #gliwice #ootd

Większość zdjęć w rodzinnych albumach...

Rzadko jestem na Śląsku, a jeśli jestem to niestety tylko na chwilę, ale urok Nikiszowca działa na mnie za każdym razem jeszcze mocniej. Podobnie jak rolada z kluskami śląskimi i modrą kapustą, ktoś kto to wymyślił jest geniuszem. 
Jedna z najfajniejszych rzeczy w tym kraju to naprawdę zróżnicowana kuchnia regionalna. 
I przy okazji mam pytanie - czy ciasto ucierane to dla was ciasto, czy mówicie „upiekłam placek ze śliwkami”?
Bo dla mnie zdecydowanie są ciasta, i ciasta na które mówię placki.
#Katowice #Nikiszowiec #Śląsk #blogerka #podróżemałeiduże #podróże #zwiedzamy #kato #silesia #sukienka #ootdfashion #ootd #cegła #Polska

Rzadko jestem na Śląsku, a...

Najgłupsza rzecz jaką kiedykolwiek zrobiłam

Popełniłam w życiu wiele błędów i wiele głupot, ale skala jednej z nich przeraziła mnie samą. Oglądałam kiedyś nałogowo taki program “Żarty śmierci”. O ludziach, którzy zginęli w idiotyczny sposób. Np. popisując się przed dziewczyną i robiąc o jedno salto do tyłu za dużo. To ostatnie już przez otwarte okno.

Mój automatyczny komentator w głowie zazwyczaj odpowiadał coś w stylu “selekcja naturalna”. Plus głupi, złośliwy uśmieszek. Taki wiecie, niezbyt miły.
Lecąc do kraju trzeciego świata musisz przestawić się na myślenie kryteriami kraju trzeciego świata. Najpierw łapiesz się na jedzeniu w miejscu, które w Polsce sanepid zamknąłby w trzy sekundy. Potem masz gdzieś to, że na twoim jedzeniu siedziały robaki a na końcu zjadasz starego pająka (tutaj więcej o tym co jadłam w Tajlandii). 
Kogo w dzieciństwie wkurzało “ale ty nie jesteś wszyscy!”, wypowiadane przez matkę? A słynne “a jak X powie “skocz w ogień” to też skoczysz?”. Mam wrażenie, że istnieje jakiś stały i niezmienny repertuar rodzicielskich tekstów😉
Cóż. Sprawa jest o tyle dziwniejsza, że ja znam teorię. I psychologia tłumu nie jest mi obca. Słyszałam o tej nieszczęsnej pielęgniarce, która zaaplikowała pacjentowi krople do uszu w odbyt, bo lekarz napisał R EAR a ona zamiast R(right) EAR odczytała to jako “rear”. I o eksperymencie więziennym. I wiem nawet, że jeśli kiedyś się wywrócę, nie będę w stanie wstać bo coś sobie połamię, to mam w tłumie krzyczeć – ej ty w żółtej bluzie, dzwoń na pogotowie!, bo wiem czym jest rozproszenie odpowiedzialności i że trzeba konkretnie i jasno prosić o pomoc, bo w tłumie o nią najtrudniej.
Łatwo jest gdybać o jakiejś sytuacji z zewnątrz. Postaram się przestać to robić.
Gdy przeczytałam o tym jak runęło Azure Window, miałam dwie istotne refleksje. Jedną opisałam na blogu, drugą podzielę się dzisiaj.
Wiem jak działają media, znam teorie wywierania wpływu i manipulacji. Wyobraziłam sobie, że to skalne okno zawaliło się i doprowadziło do śmierci jakiegoś człowieka.
Oczyma wyobraźni widziałam nagłówki  o turystach ginących w pogoni za idealnym selfie ze skały. I komentarze. “hahaha dobrze im tak”, “ludzie są dzisiaj coraz głupsi”, “próżność  i narcyzm prowadzą właśnie do tego”. Może jakieś nieliczne głosy obrony i współczucia.
Też tam byłam.
Ba! Uśmiechałam się na widok galerii butów w jakich turyści chodzą w góry. Moim hitem jest numer 57. {btw. zawsze patrzę na buty u innych ludzi, wiele o nich mówią}.
Ale kiedy jesteś w środku innej kultury, jest zupełnie inaczej.
Każdego dnia widzisz ludzi podróżujących na skuterach bez kasków, w klapkach i w dziwnych konfiguracjach. Dwoje dorosłych plus dwójka dzieci na jednym skuterze? A co to za problem! Dzieciak siedzi z tyłu i trzyma ojca za koszulkę. Puści się to spadnie, ale jakoś nikt się nie puszcza. 12 osób + maszyny i sprzęty na pace samochodu? A co w tym dziwnego? WSZYSCY tak robią. Po jakimś czasie przechodzisz nad tym do porządku dziennego. Przestaje cię to dziwić. No, może gdy widzisz trzy dorosłe osoby na jednym skuterze. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że prowadziła środkowa. Jakim cudem – do tej pory nie wiem😉. Dla nakreślenia sytuacji wrzucam trzy obrazki pokazujące azjatycki styl jazdy – dwoje dorosłych z pakunkami, sześć osób na skuterze , pięciu policjantów. Nie zauważyłam wypadków ani agresji na drogach i to dodatkowo potrafi uśpić czujność. Bo jakoś człowiek zapomina, że całość może skończyć się poważnym wypadkiem [tych zdjęć nie otwierajcie – tego się nie odzobaczy].
Nie jestem odważnym człowiekiem.  Byłam dumna z siebie że wlazłam do wody pełnej “baby sharks” (oczywiście wciąż z wielkim strachem) a potem zobaczyłam te nagrania i kilka bardziej ekstremalnych zdjęć bym nagle poczuła się bardzo mała. Po posmakowaniu włochatego pająka musiałam wypić drinka. Gdy byłam młodsza zdarzało mi się uciec z przychodni tuż przed pobraniem krwi. Ba! Uciekłam ze spaceru w przedszkolu, bo na obiad miała być wątróbka.
Rzucona w inną kulturę zaczęłam korzystać z tych części swojej osobowości, które zazwyczaj są mocno zakurzone. To było niesamowite doświadczenie. Wiele się można o sobie dowiedzieć ;-).
Jednak człowiek podejmuje dziwne decyzje gdy nie wie co może go tam spotkać. Na hamaku z tytułowego zdjęcia leżało mi się też cudownie. Dopóki nie zobaczyłam potem węża.
Nie zrozumcie mnie źle. Tajowie są przemili, ale bardzo beztroscy. Cieszą się chwilą i dniem. Nie są bogaci, ale mają chyba wszystko czego potrzebują. Posprzedają naleśniki dwie godziny i zwijają stragan. Wszystko jest “no problem, no problem” a i problem z uśmiechem na ustach.  Wszystkie pojęcia i zasady z którymi nauczyliśmy się nie dyskutować, nagle można rozbić o kant stołu. Choćbyś miał kask, dokumenty i międzynarodowe prawo jazdy na motocykl (w Tajlandii wymagane na skuter) i tak możesz zapłacić mandat. W zasadzie twarzowe za bycie białym bankomatem. Gdy sprzedawca zastanawia się nad ceną produktu (którym handluje od kilku lat :D), to najpewniej kalkuje na wielkiego frajera wyglądasz. I chociaż tzw. “klasyczna” edukacja u nich leży, to mają mocno rozwinięte inne rodzaje inteligencji.
W momencie gdy widzisz Tajów beztrosko skaczących ze skały obok wodospadu (dodam, że tuż obok była kolejna skała), nic cię już nie dziwi.
Plaża plażą, było pięknie, rajsko i cudownie. Ale warto by zobaczyć trochę więcej, prawda? Zdecydowaliśmy się z Olą ( http://aleksandranajda.com/) i Łukaszem – Oli narzeczonym na odwiedzenie Khao Sok. To Park Narodowy w którym można doświadczyć dzikiej przyrody na własnej skórze.
Na wstępie zaznaczę – nie żałuję ani trochę, że to przeżyłam! Zapamiętam już na zawsze ;). Widoki były zapierające dech w piersiach. Po prostu odkładasz telefon na bok i patrzysz jak pięknie wyglądają skały w oddali. Zachwycasz się gekonem i jego uroczymi przyssawkami. Pozwalasz się polizać po twarzy obcemu psu z obcymi zarazkami. Na pewno nie doświadczasz jednak ciszy. Odgłosy wydawane przez dżunglę są specyficzne i nie do opisania.
Taki widok mieliśmy z balkonu. Okej, na zdjęciu nie robi wrażenia. Więc uprzedzam lojalnie i szczerze – zdjęcia pokazują jakieś 10, może 20% rzeczywistego piękna.
Do Khao Sok dotarliśmy autobusem a potem z przystanku na pace samochodu. Zakwaterowanie w domku na wysokich palach. Dwa materace, mikro-stolik i wentylator stanowiły cały domek. No, jeszcze dziurawy hamak na wejściu 😀 Dwa kontakty, w tym jeden przy suficie. I łazienka – Słuchawka prysznicowa (brodzik to zbędny luksus :D), muszla klozetowa na którą leciała woda z prysznica oraz umywalka. Kanalizacja połowiczna. Woda doprowadzana rurami, ale do dżungli wraca dziurą. Nature back to nature! 
Ach, wtedy jeszcze nie wiedziałam co tam może się czaić i śmiałam się z jaszczurek które z nami nocowały. Nie chciałabym rano stać przed dylematem czy skorzystać z ubikacji czy uciekać przed wielkim pająkiem. Mówiąc “wielki pająk” nie mam na myśli tego, co myślę o wielkich pająkach w Polsce. Mam na myśli to, co wypluwa wyszukiwarka po wstukaniu “Khao Sok spiders” :).
Zasięgu za bardzo nie było a jak już udało się złapać, to puszczałam nagrane wcześniej snapy. Zjedliśmy niesmaczny obiad i poszliśmy na spacer. Góry w tle zapierały dech w piersiach. Było niewyobrażalnie pięknie. Gryzły komary, ale jedyne polecane repellenty z DEET powyżej 90% już wyszły. Cóż. Swoją drogą to fajna alternatywa – albo narażasz się na toksyczny dla układu nerwowego DEET albo na choroby przenoszone przez małych krwiopijców 😀
Złapał nas deszcz więc poszliśmy na kawę. Łukaszowi trafił się brudny kubek, ale po czasie takie rzeczy nikogo już nie ruszają i wszystko ma swój urok. W trakcie deszczu graliśmy w państwa-miasta z internetu korzystając bardzo incydentalnie. Raz, że szkoda na to czasu, dwa – że koszmarnie wolny. Służył do sprawdzania czy taka roślina na pewno istnieje albo czy coś tam jest miastem czy może jednak rzeką. A potem niesmaczna kolacja i spać. Ach, ja jeszcze poszukiwałam kleju by naprawić espadryle. Mina sprzedawcy gdy odgadł że pytam o klej – bezcenna. 
Swoją drogą – u nas klej przebija się końcówką zakrętki. W Tajlandii dostajesz klej, szpilkę i słonika na szczęście. Nie pomógł – i tak skleiłam sobie palce.
Ale pisze do was dziewczyna, która usiadła tyłkiem na pendrive i go złamała :D.
Wykupiliśmy wycieczkę mającą w programie spacer po Parku Narodowym, nocleg na jeziorze (domki na bojach), wyżywienie, rejs łódką oraz brak zasięgu (jakiegokolwiek). Prąd działał tylko w określonych godzinach. 
Rano wpakowaliśmy się w tym celu do busa, na miejscu organizator godzinę nas liczył i doliczyć się nie mógł :D. To wróżyło źle, ale gdy już wpakował nas na łódkę to oświadczył że nie popłyniemy dopóki wszyscy nie założą kamizelek. Uspokoił tym moją łaknącą pozorów bezpieczeństwa duszę.
Z tego samego powodu pytałam Tajów o napotkanego węża. By usłyszeć to “no danger, no danger” którego tak łaknęłam ;).

 Na miejscu było cudnie, chociaż tak mnie wytrzęsło że czułam się fatalnie. Można patrzeć w dal i niczego więcej do szczęścia nie potrzeba. No, może skoczyć do głębokiej wody jeśli jest się odważnym. Ja nie jestem 😀
Obiad… po całym dniu podróży nigdy tak bardzo nie smakował mi ryż! My mieliśmy dość skromne posiłki z porcją  wydzielaną przez strażnika ryżu, a stoły Azjatów uginały się od jedzenia ;). U nas nazwano by to rasizmem, u nich to norma. Z jednej strony wszyscy są bardzo mili, z drugiej jesteś białym bankomatem i piwo Chang kosztuje dla ciebie 6 zł. 
Przed kolacją nasz przewodnik zorganizował mały rejs po jeziorze. Cicho, bajecznie z bardzo czystą wodą. I teraz kurczę nie wiem o co chodzi. Uraczył nas łzawą historią o tym, jak to wodospad zalał te tereny i ludzie płakali musząc się wynieść w inne miejsca, bo mieli tu swoje domki, zwierzęta, uprawiali jakieś rośliny. I że wielka tragedia. W internecie zaś piszą że to sztuczne jezioro powstałe by wytwarzać tam prąd. Co jest ultra ciekawe, bo w domkach prądu prawie nie ma. 
Ja ze swoją wrodzoną ciekawością staram się zawsze dopytywać o różne rzeczy, a Ola z Łukaszem się z tego śmiali bo nauczeni pobytem wiedzieli że nie dowiem się niczego ciekawego. Groźnie się zrobiło gdy na środku jeziora zepsuł się się silnik. Nagle do nas dotarło że mamy dwa kapoki, jedno wiosło i chyba ze 12 osób na pokładzie.
Super!
Akcja naprawiania silnika trwała chyba z godzinę. Zdążyliśmy stracić nadzieję a męska część ekipy na zmianę wiosłowała z nadzieją że podpłyniemy gdzieś, gdzie chociaż latarki z telefonów dadzą znać o naszym położeniu :D. Nie muszę dodawać że nasz przewodnik nie miał zupełnie nic, czym można wezwać pomoc? Gwizdka, flary, racy, latarki, walkie-talkie – nic. 
Zatopiona dżungla to coś nie do opisania. Tukany, gibony, spokojna woda i bezkresny las. Pięknie.
Jakimś cudem silnik załapał i wróciliśmy na kolację. Dostaliśmy coś wyjątkowego, czyli rybę. A potem siedzieliśmy i rozmawialiśmy sobie o życiu, pierdołach i polityce😅. I wtedy stało się coś dziwnego. Imprezujący kawałek dalej przy grillu Tajowie zaczęli przynosić nam dary. Nadjedzoną rybę, niezjedzone krewetki. “This special for you”. Cóż zrobić z takim prezentem – cholera wie. Na pewno Tajlandia jest fajną lekcją dla każdego snoba zamawiającego owoce morze – tutaj kalmary i inne tentakle (wybaczcie, tak bardzo chciałam użyć tego określenia mackostworów! :D) są najtańszym jedzeniem.
Najpierw siedzieliśmy w większym składzie, ale niemiecka ekipa się wykruszyła i została nasza trójka, Francuz i dziewczyna z Holandii wraz z bratem. Było miło, było wesoło aż Holendra wzięła ciekawość co tam podpici Tajowie robią. W dwie minuty miał przyjaciół.
Po czym poznać, że ktoś jest prawnikiem lub weganinem? Sam ci to powie, głosi miejska legenda. Z pewnością jest przesadzona i krzywdząca. Będąc kiedyś w golfie usłyszałam, że obnoszę się ze swoim ciałem. Nie wiem co miałabym zrobić, amputować sobie cycki? Ludzie w swoich ocenach często nieświadomie eksponują własne kompleksy. Nie wiem, może ktoś czuje się źle/nieprzyszłościowo wykształcony albo w głębi duszy wie, że niewłaściwie się odżywia?
Ale wracając do luźnej konwencji wpisu – po czym poznać LadyBoya? Sam Ci to powie. Na pewno nie każdy, ale ten jeden (ta jedna?) ponoć tak. Ja pojawiłam się tam minutę za późno by to usłyszeć, ale wciąż w porę by z bycia białym bankomatem stać się przyjacielem i mieć podtykane pod nos darmowe piwo ;-). Nie mam pojęcia o czym rozmawialiśmy, ale było miło. Wciąż wierzę w to, że inne kultury mogą ze sobą współistnieć, ale musimy przestać wartościować co jest lepsze a co jest gorsze w odniesieniu do ludzi. Jak ma nam to się udać, jak część osób o wykształceniu technicznym gardzi “humanistami” a część “humanistów” osobami po zawodówce i tak dalej? Zacznijmy od małych rzeczy ;-). 
Wyspać się nie dało, bo za każdym razem gdy w jednym domku ktoś spuszczał wodę, wszystkie miały darmowy koncert. Szczęście że nikt nie wpadł do wody bo deski na pomoście też były przytwierdzone na słowo honoru ;-).
Następnego dnia mieliśmy mały rejsik i śniadanie. Dostaliśmy polecenie by się spakować i wrzucić plecaki do jednego domku bez żadnego zamka, kłódki… ani razu nie wróciłam myślami do swojego plecaka, a są w Polsce miejsca gdzie trzymam mocniej pasek torebki. 
Podczas śniadania przewodnik oznajmia, że w nocy trochę padało i żeby nie brać japonek. Byłam przygotowana na spacerek po ścieżce, więc miałam espadryle. Dodam, że po zdjęciach z “biura podróży” i opisie wycieczki byłam pewna, że  mamy dwie atrakcje tego dnia. Jaskinie oraz Park Narodowy, o którym miałam europejskie wyobrażenie ;-). Ech, głupia ja!
Powinnam coś pomyśleć w momencie, gdy przewodnik dał mi i Oli zapasowe buty. Nie chciałam zniszczyć espadryli więc się ucieszyłam. Piękne jaśniutkie conversy dziewczyny z Niemiec nie miały tego szczęścia. Ale cóż, przewodnik chyba miał mnie dość, bo zadawałam jakieś pytania już od pierwszego dnia, kiedy się okazało że mamy jeden koc na trzy osoby. 
Ja trafiłam na buty gumowe. Też fajnie 😀
 Mój brzuch gdy jeż głównie ryż i ananasy -.-. 
Dostaliśmy po butelce wody, dopłynęliśmy do tabliczki głoszącej że to już. Wpisaliśmy się na listy i… popłynęliśmy dalej! Nikt nie planował zabrać nas w “oficjalne” miejsce, nasz szalony przewodnik miał lepszy pomysł. Dzień wcześniej obiecał że wrócimy przed jaskiniami na autobus do Phuket Town. Dzisiaj stwierdził że jest też późniejszy autobus o 16.00 i on nim jeździ to wie. 
Nagle zdałam sobie sprawę, że oddałam całe swoje bezpieczeństwo i wszystko w ręce niezbyt ogarniętego, ale sympatycznego Taja. Odpowiedzialność level master 😆.
Wcisnęłam się w czarne gumowe tenisówki (?) i z plecaczkiem ruszyłam z całą grupą na ląd. Dodam, że czytałam informacje w Khao Sok. Kazali zabrać – wodę, pieniądze, coś na komary i jeśli masz – latarkę czołową. To wszystko. Dlatego większość z nas miała szorty i lekkie topy. W końcu jest upał a my idziemy na spacer.
Już po chwili trzeba było wpaść po kostki do wody. Rozglądałam się tylko w poszukiwaniu pijawek, bo z innych zagrożeń nie zdawałam sobie sprawy. A przecież gdybym wiedziała że wybieramy się do DŻUNGLI, założyłabym czarne przylegające leginsy. Czytałam kiedyś, że pijawki wchodzą do nogawek i to najrozsądniejsza opcja. Mimo wszystko, ochoczo podążałam za przewodnikiem by jak najwięcej usłyszeć. Nie powiem – ciekawe rzeczy. Słyszeliśmy małpy, widziałam wielki plaster miodu. A potem miała pecha być najbliżej przewodnika gdy zapytał “widzisz to”? Nachyliłam się by zobaczyć a to był WIEEEELKI czarny włochaty pająk. Coś jak ten którego jadłam w Kambodży.
Tylko większy.
Potem jeszcze kilka razy trzeba było wejść do wody do połowy łydki i iść sobie małą rzeczką, wdrapać się, iść dalej. Że też tego nie przewidziałam gdy dostałam gumowe buty…
Świadomość że na lianie może siedzieć pająk powstrzymywała mnie przed odruchowym chwytaniem za różne rzeczy. Dobrze, że nie wiedziałam o wężach (pytony, kobry i inne),  bardzo boleśnie gryzących skolopendrach, innym pełzającym niebezpieczeństwie. Google głosi że w Khao Sok są też Tygrysy i niedźwiedzie malajskie, ale to pewnie gdzieś jeszcze bardziej w “deep jungle”.
Umówmy się – przewodnik był w krótkich spodenkach. To uśpiło moją czujność, a przecież zapomniałam że Tajowie niezbyt troszczą się o swoje życie (brak kasków, skakanie do wody z ryzykiem roztrzaskania głowy o skały…). 
Żałuję jedynie, że nie spotkałam tego cudaka
W pewnym momencie okazało się, że nasza wycieczka prowadzi przez jaskinię. Super! Marzyłam o tym. To było właśnie to, co chciałam odpuścić. Mam blokadę przed czynnościami związanymi z wstrzymywaniem oddechu. Nie lubię cała się zanurzać, nie lubię wysokiego lub niskiego ciśnienia bo to wszystko kojarzy mi się z najczarniejszym zdrowotnie okresem mojego życia. Nasz przesympatyczny przewodnik rozdał nam czołowe latarki, zabrał elektronikę do swojego woodpornego plecaka (gdybym wiedziała, wzięłabym nieprzemakalną nerkę), uprzedził że w jaskini jest ciemno, woda jest zimna i mamy się nie bać bo są tylko nietoperze i “baby cobras”.
Umówmy się – nie mam pięciu lat i wiem że dzieci nie biorą się z kapusty. Jeśli są młode, to pewnie jest gdzieś ich matka.
Pytam co jeśli nie chcę wchodzić do jaskini.
Słyszę, że moja decyzja i mój problem 😅. Inna kultura, inne zasady. Pamiątkowe zdjęcie i do jaskini…
Zdjęcie z Gopro Łukasza. Potem nie było za bardzo jak nagrywać bo ciemno i jednak co chwilę trzeba się było czegoś trzymać, a Łukasz bohatersko przejął plecak więc już zupełnie nie miał jak.
Już nie byłam tak głupia by iść przodem. Obserwowałam jak głęboko mają niżsi ode mnie. Było różnie. Przede wszystkim – dużo pająków. Tym razem dziewczyna nie zobaczyła więc przewodnik rzucił w stronę pająka kamieniem. Super, mądrze panie przewodniku! Jak to jest możliwe, że znalazłam się bez kamizelki i dobrych umiejętności pływackich w jaskini z zimną wodą, pająkami, może nawet i kobrami i powierzyłam swoje życie młodemu Tajowi? Jak? 
No małymi kroczkami.Trochę przesuniesz swoje granice tu, trochę tam. A potem zdajesz sobie sprawę że jesteś w jaskini i nie masz powrotu.
Za pierwszym razem gdy woda była po pas, zdecydowałam się nie łapać niczego bo przecież ble, pająki fuuu i w ogóle strach. Jak miałam po szyję to przestałam księżniczkować. Jak nie miałam gruntu to myślałam że zwariuję ze strachu. Woda miała być po pas, ale przecież w nocy padało no i nie była.
W pewnym momencie trzeba się było opuścić w dół po linie i dać mega duży krok. Puściłam tą linę za wcześnie i z jednego kamienia nie byłam w stanie dać kroku na drugi. Nie jestem odważną osobą. Bałam się przeokrutnie. Potem widziałam żabę wielkości rolki papieru toaletowego i jakoś skończyła się ta jaskinia. Widok nieba był cudowny i wyczekany. 
Każdy z nas wygląda na profesjonalnego grotołaza 😀
Okej, powrót przez dżunglę to była betka. W łódce odkryłam że straciłam paznokieć na dużym palcu, ale poza lekkimi zadrapaniami nic się nie stało. Byłam pewna że te kobry to był żart i takie jaja.
Wróciliśmy do domków, wzięliśmy plecaki. Ryż smakował jeszcze lepiej niż dnia poprzedniego. Potem łódka i wracamy na ląd. Magicznie okazało się, że w busie jest mniej miejsc niż ludzi 😀 Jakoś udało się ścisnąć i dotarliśmy na przystanek. Autobus miał być wcześniej, w końcu nasz przewodnik ciągle nim jeździ… Taa, jasne.
Przypomniał mi się żart jakim uraczył nas jeden z takich cwaniaczków.
Zazwyczaj jak ktoś cię pyta skąd jesteś, to dialog wygląda tak
– Where are you from?
– Poland
– Aa HOLAND?
ewentualnie –
Are you Russians?
Jeden raz ktoś postanowił nas zaskoczyć i słysząc POLAND odpiwiedział – ooo I was there years ago!
– really? Where where You in Poland?
– Oh, I was there in my dreams 😅. A to śmieszek.
Nam też zostało śmiać się z tej sytuacji, gdy masz 2 czy 3 godziny do autobusu. Graliśmy w karty. Padał deszcz, przystanek był w centrum niczego.
Ciekawostka – przystanek był po naszej stronie ulicy, autobus podjechał na drugą. I biegnij przez czteropasmówkę, co tam ;D
W autobusie mając internet dowiedziałam się, że baby cobras to nie był żart. I że są tam zwykłe kobry i też king kobra. Przeglądając instagram zauważyłam że w kilka godzin wcześniej ktoś w tym samym miejscu zrobił zdjęcie pytona. Że te skolopendry bardzo boleśnie gryzą. Że pijawki to najmniejszy problem. Że o tej porze roku nie wolno chodzić po jaskiniach bo jest to niebezpieczne. I że kilka lat temu w tych jaskiniach zginęli turyści wraz z przewodnikami.  Bo padał deszcz i woda się podniosła. 
W ramach bezpieczeństwa jest tam teraz lina. 
Wiecie co jest najdziwniejsze?
Gdybym siedząc przed telewizorem usłyszała o grupie turystów którzy poszli w krótkich spodenkach do jaskiń. Poszli bez jedzenia, flar i łączności. Poszli do dżungli i chodzą po jaskiniach tam zginęli, pomyślałabym
– Co za debil idzie do dżungli nieprzygotowany?! SELEKCJA NATURALNA.
Cóż, ten debil to ja.
___________
Dobra, jestem dla siebie ciut surowa. Nic się nie stało, dla wielu osób to pewnie była fajna przygoda. Cóż, nie chcę wiedzieć jak wygląda “deep jungle survival”, ale błogosławię ten brak internetu. Gdybym wiedziała co spotkam w tej dżungli… Mogło być niewesoło. Ignorancja, wiara w to, że przewodnik mówi prawdę, ufność i “wszyscy idą” zgubiły mnie tym razem. 
A jaka jest najgłupsza decyzja w Twoim życiu?
Bądź na bieżąco! 
  INSTAGRAM ❤ FACEBOOK 
❤ FACEBOOK MONIKI 


Niektóre teksty widzą tylko subskrybenci (nie lądują na “głównej”) –

 jeśli chcesz być na bieżąco, zostań obserwatorem w google lub na bloglovin 🙂 A jeśli dany tekst Ci pomógł, sprawisz mi przyjemność, jeśli klikniesz +1 w g+ pod tekstem 🙂

Follow on Bloglovin

Komentując oświadczasz, że znasz regulamin

XOXO
Previous
Komornik, zepsuta lodówka i niebieski wieloryb [TYGODNIK]
Najgłupsza rzecz jaką kiedykolwiek zrobiłam