Świnia o dwóch głowach, krwawe niebo, Warszawa i Trójmiasto [tygodnik]

Jeszcze nigdy pisanie “tygodnika” nie było dla mnie takim wyzwaniem. Działo się tak wiele, że nie wiem od czego zacząć… więc zacznę od początku.

Mam  w tym roku swój wielki prywatny projekt bycia “na tak”. Właśnie pękł mi drugi tysiąc w wyzwaniu “tysiąc nowych rzeczy“, a mój motyw przewodni roku też w końcu zaczyna być w nim obecny. Jest jednak pewna prawda o życiu w takim pędzie, o której chyba nie miałam okazji nigdy napisać.
To po prostu mój sposób by nie myśleć o tym ile mam powodów do stresowania się. Stres jest czymś, co potrafi niesamowicie zaostrzyć objawy mojej choroby. A ja nie lubię się z tym gościem więc uwielbiam być zajęta. Nie w tym sensie że ciągle pracuję, ale że cały czas coś się dzieje. To bardzo oduczyło mnie roztrząsania w nieskończoność co mam powiedzieć i układania w głowie ripost lub linii obrony na stertę zarzutów. Gdy dostaję z dziekanatu kolejny wniosek albo inny papier do wypełnienia na jutro z podpisem promotora, marszczę tylko brew i myślę – serio?! No chyba nie.
I na tym się kończy. Bo co najgorszego może się stać? Usłyszę “oj ty niedobry doktorancie”? Ktoś pogrozi mi palcem? Nie dostanę dofinansowania na zwrot kosztu wyjazdu na jakąś konferencję, którego to zdobycie kosztuje mnie jakieś 15h latania z papierami i przynajmniej cztery bilety  wte i wewte oraz kolejne kilka godzin na kurs uczelnia-dom-uczelnia-dom?
Szanuję swój czas i szanuję swoje życie. Właśnie dlatego nie chcę mieć normalnej pracy, normalnych dwudziestu dni urlopu i normalnego złorzeczenia na szefa. Za długo o to swoje życie walczyłam, by pozwolić mu mijać gdzieś obok mnie. Ja chcę to życie doświadczyć. Przeżyć. Nasycić się nim tak jak tylko się da. Korzystać z okazji, bawić się nim, doceniać je. 
Stąd staram się mówić głośne TAK, na wszystkie fajne okazje pasujące do mojego stylu życia, do moich celów, do motywów przewodnich danego roku.
Za to jestem wdzięczna swojej chorobie.  Bo gdyby nie ona, wiodłabym pewnie bardzo typowe, normalne życie, szkoła-studia-praca-kredyt-na-35-lat-dzieci-wnuki. A potem emerytura i ojej – pora umierać a ja nie zdążyłam żyć.

Poprzedni “tygodnik” skończył się w stolicy, gdzie pojechałam zaraz po sesji doktorantów.
Co tam robiłam?
Byłam “na tak!” :).
Niedzielę spędziłam z Martą na przekonywaniu się do Warszawy i jej kulinarnych aspektów. Mimo starań – wciąż nie jadłam tam nic o czym potem myślałabym “muszę tu wrócić!” :(. 
Najlepsze co jadłam to zupa z kimchi i pierorgi koreańskie w ONGGI
Spałyśmy w Sound Garden Hotel, do którego mam dla Was boskie zniżki  ;-).
W poniedziałek razem z Olą wbiłyśmy na konferencję Vichy, gdzie było trochę o wodzie, wodzie na Marsie i… badaniach Masaru Emoto, o których wiecie z mojej książki 😀 Woda ma moc!
A że padał deszcz, to uberem (pamiętajcie o moim kodzie na pierwszy przejazd – uberaniamalujeue) podjechałyśmy razem na kolejne wydarzenie, którym byłam maksymalnie podekscytowana.
Może trochę dlatego, że przekąski na Vichy były bardzo dietetyczne a od śniadania minęło już trochę czasu. Wierzcie mi – wszystkie eventy dla redaktorek kobiecych magazynów są z maleńkimi, dietetycznymi przekąskami które wyglądają lepiej niż smakują 😀
Dużo smaczniej było na drugim wydarzeniu…
Nie wiem jak z Wami – u mnie sprawdza się zasada – Ania głodna to Ania zła :D. 
Ok, ale do rzeczy – wydarzenie było małą konferencją marki Phyto Paris w atelier świetnej fryzjerki Emilii Skubisz. Padał deszcz i było naprawdę brzydko – moje włosy też stały się spuszone i jakieś takie bez energii:
Wiecie, ja cały czas bardzo o nie dbam i frustruje mnie to, że efektów nie widać. Że nawilżam, olejuję, walczę z ekstremalnie suchą skórą głowy i wciąż niewiele efektów to przynosi. Więc gdy padła seria pytań: 
– Jak często nakładają panie krem na twarz?
– A na włosy?
– A jak często robią panie peeling twarzy?
– A włosów?
Poczułam, że jednak nie robię nic 😀
Gdy szukano ochotników z suchymi włosami, wyskoczyłam jak z procy :D. Demonstracja na mnie? Jasne! Może nauczę się czegoś nowego. 

W ten oto sposób wylądowałam na fotelu… ale chwilę musiałam poczekać, bo na mnie miała być prezentowana wersja intensywna, a drugim ochotnikiem była Marta z lusterko.net  :).

Aplikator do dozowania zawartości ampułki – czy to nie genialne? 🙂
Wiedziałyście żeby olejek do włosów wcierać pod włos? Ja zobaczyłam wiele naprawdę ciekawych rzeczy!
A to już ja! 😀 Włosy umyto mi…kremem myjącym z serii phytoelixir – ten krem nie ma żadnych detergentów, żadnych SLS, SLESÓW i innych dziwnych nazw – jest tam mydlnica lekarska. Bardzo delikatny, a ja mam przecież ogromny problem z suchą skórą głowy, o czym wiecie z poprzednich wpisów. Pisnęłam z ekscytacji gdy po wydarzeniu trafił w moje łapki – jeśli przy dłuższym stosowaniu okaże się tak cudowny jak w atelier – dam Wam znać w aktualizacji włosowej już za kilka dni. Na razie jestem zachwycona! Na blogu pisałam już kiedyś o moich problemach z suchą skórą głowy :).
Patrzcie jak pięknie wyglądają włosy Marty po produktach z serii Pyhtoelixir – maska, krem do włosów, olejek – wszystko ma bardzo łagodne, roślinne składy. Korzystam teraz z kilku kosmetyków Phyto, więc swoje wrażenia opiszę w aktualizacji włosów na dniach :).
A oto ekipa odpowiedzialna za wydarzenie:
Jestem fanką takich kameralnych wydarzeń, bo można spokojnie sobie z każdym porozmawiać i się czegoś dowiedzieć.
Nie byłabym sobą, gdybym nie pokazała jeszcze kilku zdjęć 😉
Sukienkę kupiłam tutaj – jest cudowna, ale… chyba jednak trochę na mnie za duża w talii 🙁 Na stronie sklepu i innych klientkach wygląda lepiej – gdybym miała +5kg byłaby idealna!  A wczytywałam się tak w etykiety bo podobno spray na objętość stosuje Leonardo diCaprio i kosmetyków Phyto używa księżna Kate 😀
Dostępne są w aptekach.
Po intensywnym dniu udałyśmy się z Martą do hotelu a potem na miasto. Z listą polecanych przez Was knajp było łatwiej, ale wciąż nic nas nie powaliło :(. Niestety jedzenie tylko snapowałam, więc wam tego nie wrzucę w wersji foto, a wiecie jak mnie temat jedzenia emocjonuje :DD
A wieczorem pisałam dla Was jeszcze w hotelu tekst na bloga. Nie ma że wyjazd, że to, że tamto – piszę bloga z wewnętrznej potrzeby, ale jeśli są tutaj osoby czekające na nowe teksty, to ja chcę ich im dostarczać :).
Na blogu w tym tygodniu (poza tygodnikiem) ukazały się teksty:
Ale chwila, moment – jesteśmy dopiero na poniedziałkowym wieczorze, a ten tekst jest już potwornie długi! 😉 Pora na wtorek!
Pojechałam z Martą na dworzec, zostawiłam tam walizkę i  umówiłam się na kawę (ok, ja piłam sok:)) z Anią ze spinkiiszpilki.
Mam jakieś niewyobrażalne szczęście do ludzi, bo ciągle spotykam pozytywne, otwarte i interesujące osoby. Anię poznałam już wcześniej, ale nie było okazji nagadać się jakoś tak porządnie. No to teraz się nadarzyła 😀
Z Anią gadałyśmy i gadałyśmy i gadając wybrałyśmy się razem na launch marki NARS w Polsce. Do drogeriach Sephora kosmetyki pojawią się we wrześniu, ale całą filzofię marki i pokaz makijażu można było zobaczyć na Mysiej już we wtorek.
To duży event, ale Sergiusz który to wszystko organizuje dba o miłą atmosferę i było naprawdę super :).
Nie ma to jak przyjść bez makijażu na event o makijażu 😀 
Zobaczcie jak cudowne opakowania i kolorystykę zaserwuje nam niebawem NARS!
Fascynujące jest to, że poczułam chęć nauki makijażu dopiero teraz – kiedy w 100% akceptuję siebie bez niego :)).
Mało wrażeń? Pociąg bez przesiadek dopiero o 14:15 więc można sobie jeszcze wypełnić jakoś dzień i wysłuchać co ciekawego jest na konferencji Avon w innej części miasta. Bieganie na konferencje to takie typowe zadanie dziennikarek… redaktorek… media-workerów. Chciałam sobie trochę odświeżyć w pamięci wszystkie powody dla których rzuciłam dziennikarstwo. 
Tylko czemu wkręciłam sobie, że konferencja jest na 13:00, jak była na 12:00? 😀 Przez to nie wysłuchałam wszystkiego o nowym zapachu Avon Alpha, który swoją drogą – pozytywnie mnie zaskoczył.
Często pytacie mnie o moje perfumy – obecnie używam Guerlain Idylle Sublime, ale na lato kochałam słodki zapach Escada Taj Sunset, którego niestety już nie ma w sprzedaży. O dziwo Alpha od razu mi się spodobała, bo jest bardzo słodka ;). Ale chwilowo znowu mamy deszczową aurę więc używam Guerlain.
Premiera zapachu Alpha była w klubie The View, z którego widok jest rzeczywiście bardzo ładny :). A makaroniki kolorem i smakiem nawiązują do zapachu perfum ;).
Potem pożegnałam się z Anią i ruszyłam na pociąg… Wybrałam taki bez przesiadki trafiłam na stare pudło bez klimy. Ech 😀
Można się roztopić, co też prawie się wydarzyło.
Wróciłam prosto na mecz i o dziwo mi się podobał. Mecz. Mi. Podobał. Niebywałe.
Już Was pewnie zanudziłam, a tydzień nadal trwa! 😀
Powrót do domu to ekscytacja kapuśniakiem. Nie ma nic bardziej cudownego niż obiad u mamy. Serio. Gdyby moja mama miała knajpkę, byłaby milionerką. Niestety nie lubi gotować dla obcych. Cóż – nie mam mamy milionerki 😀
 Nie jestem typem siedzącym na tyłku, o czym wiecie z początku tekstu. Zapragnęłam tego rok temu, gdy chciałam leżeć plackiem na greckiej plaży i było to dziwne pragnienie, które samą mnie zaskoczyło. Tym bardziej zaskoczyło mnie to, że po sprawdzeniu prognozy pogody i zobaczeniu że w czwartek i piątek miały być upały… momentalnie zapragnęłam być nad morzem.
Jest takie powiedzie – a może by tak rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady? Bieszczady mnie nie kręcą, las mam za domem, ale taka pogoda na Bałtykiem raczej prędko się nie powtórzy, więc zdecydowałam się po prostu pojechać. Maile załatwiałam w pociągu i tak w 100% od nich nie odpoczęłam bo i na plaży zdarzało mi się komuś odpisywać ale hej! Zrobiłam to. Rzuciłam wszystko jak stało. Wpis na studiach, po który trzeba było stawić się osobiście, niekończące się maile, niewłaściwe umowy, grafika który ociąga się ze swoją częścią projektu, blokując mi skutecznie zamknięcie mojej części. Niekończące się telefony, prośby o przysługi.
Nie zraziło mnie to, że nikt nie mógł tak szybko zorganizować sobie zastępstwa w pracy i pojechałam sama. Nie zraziło mnie to, że musiałam wykonać kombinację alpejską z noclegiem i raz spać w Gdańsku a raz w Pruszczu, bo wszystko było zajęte. Ani to, że będę miała przechlapane z różnych powodów.
Who cares – to moje życie :).
W ten oto sposób znalazłam się piaszczystej plaży 🙂
Pierwszy dzień spędziłam z Agnieszką, która oprócz tego że czyta mojego bloga, jest włosomaniaczką o pięknych włosach, kierowcą Ubera i udziela tak świetnych korków z matmy, że maturę zdają bardzo dobrze osoby mające przez całe życie dwóje z matmy. Jeśli szukacie dobrej korepetytorki – zerknijcie na ogłoszenie Agnieszki . Przesympatyczna osoba! Spędziłyśmy razem cały dzień, za co Agnieszce jestem bardzo wdzięczna :).

 Byłyśmy w knajpce Pobite Gary, gdzie było przepysznie i świeżo tak, że gdy znowu pomyślę o Trójmieście – będe chciała tam zjeść. A oprócz plaży na Zaspie, byłyśmy na wyspie Sobieszewskiej i na Górze Gradowej :).

Mało? Wieczorem Sopot. Polecana Śliwka w Kompot trochę mnie rozczarowała, ale to pewnie wina atmosfery Sopotu nocą, która trochę mnie przytłoczyła. Wolę go jednak za dnia :).
W piątek wymeldowałam się z mieszkanka zarezerwowanego przez Airbnb i zameldowałam się w Pruszczu Gdańskim. Logistycznie skomplikowane, ale grunt że o dwunastej znowu byłam na plaży, tym razem w Brzeźnie, tym razem z dziewczynami z Two Broke Sisters  :). Było bardzo fajnie, nawet nie wyciągnęłam książki z torby plażowej! :).
Spotykanie się z ludźmi którzy też mają blogi albo chociaż instagramy jest dużo prostsze w tym sensie, że nikt nie krzywi nosem na robienie zdjęć jedzeniu 😀 Tutaj zupa piracka jedzona w lokalu po kuchennych rewolucjach  – Tapas Rybka.
Zupa bardzo smaczna i treściwa, polecam :).
O osiemnastej ruszyłyśmy na spotkanie w lokalu dobra kawa – na zdjęciu widzicie tartę snickers – bardzo smaczną ;).

 Od lewej Klaudia, Kamila, ja, Kasia, Ola, Claudia i Aga

 Moje włosy gdy używam przypadkowych miniaturek w podróży -.-

Ale wracałam dopiero w sobotę o 13stej, więc zdążyłam się spotkać z Dominiką, którą poznałam we wrześniu 😉 

 Najpierw pyszna Pascha i mrożona czekolada w lokalu PiKawa, potem koreańskie pierogi w polecanym przez Was Mandu

Było bardzo fajnie :).
Niestety przygoda szybko dobiegła końca, tak samo jak piękna pogoda.
Wróciłam znowu – na mecz.
Drugą połowę, ale zawsze. Pierwszy raz w życiu wzruszyłam się oglądając mecz.
Serio. Popłakałam się.
Nie przeszkadzało mi to jednak w tym, by ruszyć nad jezioro :DDD
I zgubić silikonowe naklejki na sutki 😀
Patrząc na to co wyczyniłam przez ten tydzień, zastanawiam się nad tym jakim cudem dodawałam jakieś teksty na bloga :DDDD

 Zobaczcie jakie cudowne niebo było w sobotę!

No i gołąbki mojej mamy. Najlepsze na świecie!!! 🙂
Kasia którą poznałam w styczniu założyła sklep Handmejd.pl i robi takie piękne organizery, notatniki notesy *.*  na hasło ANIAMALUJE macie -30% na koszyk, czyli praktycznie wszystko będzie po kosztach, ale te organizery są naprawdę piękne i z całego serducha polecam ;). 
A nowości w mojej kosmetyczce to kosmetyki Missylyn – pomarańczowa szminka i brązer do konturowania hi from Hawaii! Urzekła mnie nazwa i bajkowe opakowanie ;).
czy to nie wygląda cudnie? 🙂
 Jeszcze malutki snap-mix:
Uwielbiam oglądać Wasze snapy! Szczególnie gdy korzystacie z moich przepisów albo piszecie o tym, że mój tekst Wam pomógł. To jest nesamowite i fruwa się wtedy nad chodnikiem ;))).
ten tygodnik jest już irracjonalnie długi, a pora jeszcze na linki tygodnia 🙂
To by było na tyle :). Mnie czeka batalia z jednym potężnym zaliczeniem i – mam nadzieję – zamknę pierwszy rok “doktoratu” bez poprawek :). Tymczasem wracam do pracy i … jedzenia. Mam pyszną zupę która właśnie się podgrzała, więc zostawiam Was z tym bardzo, bardzo długim wpisem 🙂 


Bądź na bieżąco! 
  INSTAGRAM ❤ FACEBOOK 
❤ FACEBOOK MONIKI 


Niektóre teksty widzą tylko subskrybenci (nie lądują na “głównej”) –

 jeśli chcesz być na bieżąco, zostań obserwatorem w google lub na bloglovin 🙂 A jeśli dany tekst Ci pomógł, sprawisz mi przyjemność, jeśli klikniesz +1 w g+ pod tekstem 🙂

Follow on Bloglovin

Komentując oświadczasz, że znasz regulamin

XOXO

Podziel się

Co myślisz?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

No Comments Yet.