Please enter an Access Token

Najtrudniejszy rok w moim życiu

autor Posted on

Nie spodziewałam się, że ten rok będzie taki. Pod wieloma względami był wspaniały. Ale czasami za ładnym obrazkiem w sieci kryją się przykre powody. W tym roku ocaliły mnie dwie rzeczy. Praca i Tanzania. Może trzy. Jeszcze terapia.

A może wstęp powinien być inny? Gdy człowiek się pochoruje i ma gorączkę, to chwilowo jest gorzej i nieprzyjemnie, ale to znak, że organizm walczy i po tym wszystkim pewnie będzie lepiej. Więc cały ten rok był jak pieprzona gorączka. Ten wpis będzie chaotyczny, bo pisałam go na 3 raty. Z moją koncentracją ostatnio średnio.

***

Nie chcę teraz zabrzmieć jak niewdzięczna szmata😆, bo nią nie jestem i każdego dnia czuję się wdzięczna za wszystkie piękne rzeczy, które mnie spotkały. Pozornie udało mi się zrobić wiele rzeczy, z których jestem dumna – wypuściłam e-booka o budowaniu społeczności na instagramie i e-booka o sposobach na jej monetyzowanie, a ich sukces przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Tego się kompletnie nie spodziewałam. Kupiłam też mieszkanie, chociaż wcale nie zmieniły mi się poglądy i priorytety, tylko zmieniła się sytuacja w kraju. Cieszyłabym się pewnie z niego bardziej, gdyby to było na zasadzie „ooo, to chyba jest ten moment, pora na własne przytulne gniazdko, znalazłam swoje miejsce na ziemi!” a nie „o kurwa, jeśli nie ulokuję teraz tych pieniędzy, to za rok nie kupię za nie nawet 3/4 mieszkania, jebana inflacja!”. Cholernie trudno było pogodzić mi się z myślą, że zasuwam od 17 roku życia i teraz to, co sobie wypracowałam topnieje szybko jak lodowce na Antarktydzie.

Mimo, że to była bezduszna kalkulacja, to kilka miesięcy wcześniej mieszkanie sobie manifestowałam, tylko na trochę później. Z manifestacji można się śmiać, mam to totalnie gdzieś. Mówiąc językiem informatyków – u mnie działa😇

Za to kompletnie nie wyszedł mi remont. Aktualne perypetie możecie śledzić na moim profilu na instagramie w przypiętej relacji „ania remontuje” i na drugim koncie aniapogodzinach.

Remont byłby już dawno skończony, gdyby nie moje problemy ze zdrowiem. Ale staram się nadać im poczucie sensu i myśleć, że wszystko dzieje się po coś. Na szczęście ze wszystkich perypetii ratuje mnie ekipa remontowa, chociaż zauważyłam, że moje ciało całe się usztywnia gdy widzę na wyświetlaczu telefonu nazwę szefa ekipy. Wtedy już wiem, że padną słowa „pani Aniu, mamy problem z…”. Projekty bywają piękne na papierze, rzeczywistość bywa trochę mniej kolorowa😅. No ale bardzo świadomie zdecydowałam się na mieszkanie z rynku wtórnego i trochę się z tym liczyłam. A trochę nie. Albo inaczej. Wszelkie moje plany zakładały, że będę w formie, więc ogarnę co trzeba i mając budżet z zapasem po prostu dam radę.

Ale za to będę mieć wymarzonego partnera remontu, markę Magnat, dla której kiedyś napisałam tekst o tym, co zrobić gdy da się plamę. Ten wpis nie jest współpracowy, ale cieszę się z tego wszystkiego ogromnie, bo przez kryzys ceny materiałów budowlanych z dnia na dzień idą w górę i niektóre koszty mnie zaskoczyły.

To może zamiast przedłużać, od razu dobiję do brzegu i wyjaśnię. W ostatnim roku mocno pogłębiły się moje problemy sensoryczne. Do szału doprowadzały mnie metki i każdy szew. Wszystko mnie irytowało. Potrafiłam zwymiotować od mocnego zapachu, całkiem jak w dzieciństwie. Na dodatek wróciły moje koszmary i lęki. Na początku zwaliłam to na rządy PiS oraz lęk związany z zaostrzeniem się prawa aborcyjnego i wizją czyhającej za rogiem inflacji. Jak widać, nie pomyliłam się, inflacja przyszła i wiem, że to jeszcze nie jest jej ostateczna forma. Ale gdy zorientowałam się, że nie polityka tego kraju jest głównym źródłem moich lęków, to wzięłam trzy głębokie wdechy. Potem poszukałam profesjonalnej pomocy na różnych polach. W tym roku uratowały mnie trzy rzeczy:

  • terapia
  • Tanzania
  • wir pracy

Nie tylko „zwykła” terapia, ale też terapia zaburzeń integracji sensorycznej. Nie wiem czy zauważyliście, ale zmuszam się ostatnio do skarpetek. Nadal ich nie lubię i zazwyczaj w niezbyt ładny sposób zakładam je tak, że ściągacz jest na spodniach a nie przykryty ich nogawką, ale to duuuuży krok. Ogromny. Miałam też próby noszenia klipsów, ale to zależy od dnia. W ogóle wiele zależy od dnia. Nie umiem tego wytłumaczyć. Mam na imię Ania, mam 30 lat i za największy sukces w tym roku uważam, że udało mi się zacząć nosić skarpetki. Nie mogę powiedzieć, że je lubię. Skarpetki są jak małżeństwo mojej babci. Wyborem z rozsądku.

W ogóle terapia zaburzeń integracji sensorycznej jest kontrowersyjna, bo nie ma dostatecznych dowodów, że działa. Ale ja naprawdę przez ostatni rok, a może szczególnie pół roku, zrobiłam ogromne postępy. Np. noszę wisiorek. Dla mnie to kamień milowy, bo wcześniejsze próby były na chwilę i nie wynikały do końca ze mnie, a z żałosnej próby dopasowania się do społeczeństwa, w którym nosi się biżuterię i skarpetki. Cieszę się, że jestem tego świadoma.

***

Ostatnio siedziałam ze znajomymi i grałam w Monopoly, gdy nagle koleżanka spojrzała na mnie i powiedziała: czy spodnie nadal u ciebie oznaczają kiepski dzień? Cóż miałam powiedzieć? Siedziałam w ciepłym dresie, który nijak nie pasował do charakteru spotkania (świętowaliśmy coś ważnego w większym gronie). Wy też czasami pytacie co się dzieje, bo kiedyś chodziłam w sukienkach i na obcasach, zawsze miałam zrobione paznokcie i rzęsy a teraz to aż przykro patrzeć. No, mi też przykro.

To był pod wieloma względami kiepski rok. Nie tylko dzień. Gdy ogarnęłam jedno, psuło się drugie. Mogłam nosić skarpetki albo klipsy, ale z poczuciem fizycznej krzywdy wybiegałam z mieszkania, gdy nastawiałam pralkę, bo jej hałas mnie tak bardzo irytował, że nie mogłam funkcjonować. Okrutnie mnie to złościło, bo miałam takie rzeczy pod względną kontrolą, gdy w moim życiu było dobrze. Tylko co może być źle w życiu dziewczyny, która miała rekordowy finansowo rok, stabilne i satysfakcjonujące życie osobiste, wannę z pianą i gorącą wodą, burratę w lodówce i na kogo liczyć?

Zdrowie.

To są jakieś randomowe leki łącznie z tymi na alergię, te poważniejsze już dawno zjedzone i obym nie musiała do nich wracać.

W grudniu, albo listopadzie zeszłego roku z różnych powodów wylądowałam na tomografii, a potem miałam mnóstwo innych niefajnych przygód. I tu znowu ideały się rozjechały, bo obiecałam sobie w ogóle nie mówić o moim zdrowiu, a przy jednej ze spraw okoliczności mnie zmusiły. Z zalecenia lekarza (i po dodatkowej konsultacji z lekarką medycyny podróży) wyjechałam w lutym do Tanzanii. O 2 tygodnie za późno, ale wyszło jak wyszło. Internet mówi, że chce prawdy. Mówisz jaka jest prawda, a ludzie ją kwestionują😅. Nie żalę się, wkurza mnie hipokryzja osób, które kreują się ma rozumiejące innych, a potem podważają czyjś stan zdrowia. Dla mnie to patowa sytuacja, bo obiecałam sobie mocno, że nie będę opowiadała publicznie o swoim zdrowiu, bo nie mam sił na instagramowych „lekarzy”, którzy dyplom wraz z umiejętnością wróżenia bez wglądu w dokumentację medyczną znaleźli w chipsach.

A tu dupa. Bo moje plany moimi planami, stories na zapas można nagrać, ale nie do końca roku…

W tym miejscu chciałam przytulić wszystkich uczniów, których nauczyciel w-f próbował zmusić do podania powodu zwolnienia lekarskiego. Nie ma prawa żądać od ciebie takiej informacji, zwolnienie lekarskie to zwolnienie lekarskie. Nauczyciel nie jest lekarzem, a nawet gdyby jakimś cudem miał drugi dyplom z medycyny, to nie jest twoim lekarzem. Nie musisz się tłumaczyć. Przytulam wszystkie dzielne osoby, które dały radę z tą potworną presją i nie ugięły się zachowują swoje intymne problemy dla siebie. Zresztą to samo dotyczy pracowników i zwolnień od psychiatry. Naprawdę nie musicie nikomu tłumaczyć co i dlaczego.

Po powrocie miałam od razu mieć „zabieg”. To słowo pomagało mi oswoić swój strach. Ale… wciąż miałam zbyt kiepskie wyniki, a zanim je poprawiłam, zrobiło się zbyt ciepło na majstrowanie w obrębie twarzoczaszki. Pełna porażka. Wyjechałam między innymi po to, aby odżyć i być w formie, a tu lipa. Odżyłam, jasne. Ale nie na tyle, by się zakwalifikować. To był chyba pierwszy raz, jak się totalnie rozkleiłam i rozsypałam. Tak naprawdę fatalnie, że potrzebowałam zwiększyć częstotliwość spotkań w ramach terapii. Podejrzewałam nawet, że mam depresję, ale niestety tak działały na mnie brane leki. Których nie mogłam odstawić, bo czasami trzeba wybrać ważniejszą bitwę. Sytuacja bez wyjścia.


I teraz zabawna sprawa, rok temu myślałam, że implanty zębowe są straszne (kiedyś po kanałowym ostatecznie straciłam szóstkę z lewej strony i nigdy mi to nie przeszkadzało, dopóki nie zobaczyłam na zdjęciu dentystki, że sąsiednie zęby się na nią kładą). Tymczasem implanty to był pikuś i po dwóch dniach zapomniałam o sporych śrubach w mojej buzi. Chce mi się śmiać z mojego strachu i z tego, że oglądałam w necie wszystkie dostępne filmy pokazujące procedurę.

Miałam też drobną przygodę z czymś, co miało się zamknąć w dwóch tygodniach, ale cóż my body different.

Nie chcę za wiele mówić, ale ponieważ wpływa to na to, w jaki sposób mówię, uśmiecham się, co jem i ile śpię – w zeszły czwartek wieczorem (23.12) z okolic nosa chirurg wyjął mi dwie małe śruby, które cały czas nie pozwoliły się ranie zagoić i zrosnąć, ale były potrzebne z zupełnie innych powodów. Wykonały przez te dwa miesiące swoją robotę i mogłam się ich pozbyć. To były trudne dwa miesiące. Aczkolwiek jeśli teraz się wszystko nie zrośnie, to czeka mnie bolesna i okrutna powtórka z rozrywki, więc trochę mi ulżyło, a trochę jestem w stresie. Nie mam ochoty drugi raz przez to przechodzić. Szczególnie, że miałam na raz robione dwie różne rzeczy i google nie daje mi żadnych informacji na temat takich zabiegów, co oznacza, że zasypuję lekarza gradem pytań. Ja zawsze muszę wiedzieć co po co, na co i dlaczego. Dzisiaj (27.12) miałam kontrolę i lekarz w powiększeniu obejrzał ranę, zdjął mi ostatnie szwy i powiedział, że wszystko się pięknie nabłonkuje i już powinno być dobrze. Wychodzi na to, że cała zabawa zmierza ku końcowi, a ja po niemal trzech miesiącach nie mam już w sobie żadnych szwów. Nie muszę dmuchać na zimne i dostosowywać się do zmieniających się ciągle zaleceń. A one zmieniały się co chwilę.

Chociaż przyznam jedno. Bardzo dawno nie zranił mnie żaden komentarz w sieci, ale ostatnio jedna dziewczyna chcąc chyba wysłać moje stories ze swoim komentarzem koleżance, wysłała je mi. Z adnotacją „ta to taka fleja, że nawet o implanty nie potrafi zadbać i się jej paprze 😜”.

Ani nie chodziło o implanty, ani o bycie fleją. Jak rozumiem odnosi się to do tego, że nie miałam ostatnio sił ani ochoty się czesać i chodziłam w trzech dresach na zmianę. Tamtego dnia miałam potworny zjazd po lekach i naprawdę zrobiło mi się przykro. Pierwszy raz od bardzo dawna. Ani nie chodziło o implanty (to dwie zupełnie różne sprawy!), ani nie było to moją winą. Śruby, chociaż malutkie, były silnie drażniące i moje ciało nie bardzo chciało się zagoić. A wyjęcie ich nie wchodziło w grę, dopóki nie wykonają swojej roboty. Ziewnięcie, uśmiechnięcie się, kichnięcie – to wszystko mogło lekko rozerwać zrastające się tkanki. Miałam tak bardzo tego dość! Tamtego dnia mnie to zabolało, a potem przypomniałam sobie jak kiedyś bolały mnie komentarze odnośnie AZS, gdy miałam na ciele czerwone plamy. Co i tak jest niczym w porównaniu z łuszczycą mojej koleżanki. Notorycznie słucha od obcych ludzi, że się nie myje, nie dba o siebie albo żeby stanęła dalej, bo to pewnie zaraźliwe. A to w najmniejszym stopniu nie jest prawda. Wie o tym każdy nastolatek z trądzikiem, który stara się, a trądzik nie znika. Ale zawsze znajdzie się ktoś, kto powie „mógłbyś trochę o siebie zadbać”.

Tak to jest z tą internetową autentycznością. Nie chcę nawet myśleć z czym mierzą się osoby walczące z depresją. Dumne, że czasami udało im się posprzątać pokój albo umyć włosy, bo to największy sukces. Masz być autentyczny, ale po co się tym chwalić? A w ogóle to pewnie nie masz depresji, bo kuzynka ma a jakoś chodzi do pracy i sobie radzi. Nie to co ty.

A to tylko jedna z wielu rzeczy, które dojechały mnie w tym roku.

Inne zostawiam dla siebie. Bo owszem, były słabe momenty ale zawsze się po nich podnosiłam, a tu bach, wylądowałam w krainie spania przez pół dnia na prawie trzy miesiące, bo podnieść się nie mogłam.

Patrząc na to obiektywnie, to w październiku przed 👨🏻‍⚕️🔪 byłam trochę zestresowana i przerażona, ale też względnie szczęśliwa. Przecież byłam w tym roku dwa piękne miesiące w Tanzanii. Jak oglądam swoje filmiki w telefonie, to chodziłam uśmiechnięta od ucha do ucha i byłam zadowolona. Po powrocie trochę też. Potem wróciły stany lękowe i inne rzeczy, z którymi nie wiedziałam, że przyjdzie mi się mierzyć. Ale byłam też dwa razy w Gruzji, byłam w Rzymie, przez chwilę miałam formę życia (by potem przytyć dwa rozmiary a po 👨🏻‍⚕️🔪 schudnąć i wyglądać jak flak ze smętną pupą…). No ale miałam tę formę! Przez chwilę.

To nie był dobry rok pod kątem tworzenia ciekawych treści. Prawami ucznia zajęłam się trochę inaczej, na ambitne teksty nie miałam w ogóle przestrzeni w głowie. Spodziewałam się, że ludzie raczej będą odchodzić z mojego konta, a ono się podwoiło (to instagramowe). Blog leżał trochę zapomniany.

Nie udało mi się też przerobić kursu e-mail marketingu i nauczyć newsletterów. Samo pisanie to pikuś (o ile mam flow), ale do tej pory i dla siebie, i dla klientów jako copywriterka zajmowałam się samymi tekstami. Nie sekwencjami, nie dzieleniem odbiorców na różne grupy. To jest ogrom wiedzy, które nie udało mi się nabyć.

Może uda się w 2022, newsletter już jest! Będę się mocniej komunikować za jego pomocą:

Zapisuję się!

Chcę pierwszy wiedzieć o sprzedaży i nowościach

Please wait...

Dziękuję za zapis, obiecuję nie spamować

***

Siadłam dzisiaj (28.12) na chłodno i czytam sobie ten wpis z uczuciem dumy, że… przetrwałam. Tylko ja i garstka najbliższych mi osób wie z czym się mierzyłam. I nie, nie chodzi o żadne budowanie napięcia. Ja sobie jasno wyznaczyłam na nowo swoje granice prywatności jakiś czas temu i absolutnie nie mam potrzeby się dzielić szczegółami. Ani chęci. Tylko mój plan był dziurawy, bo gdy komuś wali się coś w życiu i to tak, że nie ma sił tego maskować, to ludzie sami pytają i wy też pytaliście. W każdym Q&A miałam pytanie o to, czy mam depresję. Nie mam. Skumulował mi się stres z fatalnym gojeniem a nade wszystko skutki uboczne leków, których nie mogłam zmienić by poprzedni wysiłek nie poszedł na marne. Nie wiem czy dźwignęłabym to bez pomocy psychoterapeuty, bo bliscy owszem pomocą, ramieniem do wypłakania, przytuleniem i milczeniem służyli wzorowo (bardzo dziękuję i jestem ogromnie wdzięczna 🥰). Ale też ja bardzo potrzebowałam normalności i przerzucenia tych problemów na kogoś z zewnątrz, a z bliskimi rozmawiania na inne tematy, grania w gry i chodzenia do knajp itp.

Jestem z siebie w cholerę dumna. Zerknęłam też na podsumowanie, jakie napisałam dla siebie samej z okazji 30-stych urodzin. Ta urodzinowa Ania była też z siebie dumna! Spędziła miły czas ze znajomymi, miała dwie urodzinowe niespodzianki, których kompletnie się nie spodziewała. Miała wokół siebie wiele życzliwych i wspierających osób (nadal ma!). Potrafiła schować dumę do kieszeni i przyznać przed sobą, że potrzebuje pomocy. Kiedyś, to byłoby nie do pomyślenia. Może to będzie rok, który kojarzy mi się z blistrami tabletek i różowym dresem, trudno. Ale właśnie uświadomiłam sobie jedną rzecz. W podsumowaniach roku mamy tendencję do skupiania się na końcówce. Do rankingów ulubionych trafiają częściej niedawno widziane filmy czy czytane książki. Jak mi się uda, to przejrzę wnikliwie swoje zapiski i zrobię jakieś podsumowanie ulubieńców roku w różnych kategoriach.

Bo teraz gdy o tym myślę to widzę, że chociaż w żaden sposób nie wymazuje to trudów roku, to zrobiłam mnóstwo fajnych rzeczy. Byłam na pięciu ślubach, w tym dwóch za granicą. Spędziłam piękny czas w Tanzanii, kąpałam się w oceanie i o wschodzie słońca, i w blasku księżyca. Skoczyłam ze spadochronem, napisałam pakiet e-booków o społeczności i workbooka o pewności siebie. Ten wir pracy pomógł mi przetrwać trudny czas, bo ja musiałam mieć zajęcie by odciążyć głowę. Byłam w Rzymie i w Gruzji, i chociaż nie był to najbardziej podróżniczy rok w moim życiu, to udało mi się wycisnąć te lepsze momenty. Poznałam kilka osób, które stały się dla mnie ważne. Doskonale zapamiętałam, kto był ze mną w trudnych momentach. Moja mała śmieszna firma poradziła sobie bardzo dobrze, chociaż nie brałam nigdy żadnych dotacji ani tarcz. Mówię „śmieszna”, bo tak ktoś ją nazwał. Cóż, wolę mieć śmieszną firmę, niż śmieszną wypłatę 😉. Mam najlepsze w swoim życiu relacje z rodzicami. Kupiłam mieszkanie. To nie był aż taki kiepski rok. Był bardzo trudny, owszem. Ale też nie w całości. Odbiję to sobie w przyszłym.

Co roku, od kiedy prowadziłam photobloga w liceum, wybieram sobie jakiś motyw. Jedno hasło. Czasami to coś ogólnego jak zdrowie, był nawet rok pod hasłem „włosy” a teraz będzie rok pod hasłem…

ROZPIESZCZANIE. Zaczęłam to chcąc zrobić sobie 30 miłych rzeczy na trzydzieste urodziny. Potem musiałam drastycznie zmienić priorytety, ale pora to dokończyć. A ponieważ mój e-book osiągnął prawie 4x taki wynik jakiego się spodziewałam, nie będę szczędzić na siebie środków. Ten rok nauczył mnie, by nie odkładać fajnych rzeczy na później, bo później możesz leżeć w łóżku całymi dniami i gapić się w sufit.

To była bardzo nieprzyjemna i cenna lekcja. Ale wyciągam z niej wnioski.

Uściski, Ania
Subscribe
Powiadom o
guest
29 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Wiola
Wiola
7 miesięcy temu

Aniu!
jestem z Tobą od kilku lat. Dajesz wiele dobrego od siebie i było widać ze ten rok był sporym wyzwaniem dla Ciebie.
trzymaj się cieplutko. Wysyłam tyle miłości i dobrej energii ile tylko mogę.
dziekuje ze jesteś !❤️

Katarzyna
Katarzyna
7 miesięcy temu

Mam nadzieję, że wszystko się dobrze ułoży z Twoją rekonwalescencją, trzymam mocno kciukasy 😉 nie mogę się doczekać na newsletter:) jesteś dla mnie motywacją i traktuje Cię jak internetową koleżankę (ten sam rocznik^^) dlatego cieszę się, że już wróciłaś na sm po krótkiej przerwie bo było jakoś tak dziwnie bez Ciebie 😉 najlepszości Aniu w nowym roku roku 🙂

Agnieszka
7 miesięcy temu

Aniu, Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku! Czasami najważniejsze to przetrwać. Czytam Cię od wielu lat i bardzo Ci dziękuję za to, co robisz:)

Aniamaluje
Aniamaluje
7 miesięcy temu
Reply to  Agnieszka

dziękuję! I wzajemnie. Tak czasami przetrwanie jest najważniejsze a o reszcie mozna pomyśleć potem

Joanna
Joanna
7 miesięcy temu

Aniu, tak bardzo lubię czytać wszystkie treści jakie tu zamieszczasz. Jestem duuużo starsza od Ciebie, mam wiele życiowych doświadczeń ( w tym sporo tych bardzo trudnych ) a i tak mnóstwo czerpię z Twoich wypowiedzi. Życzę Ci zdrowia i wszystkiego o czym marzysz 🙂

Dzika Generacja
Dzika Generacja
7 miesięcy temu

Dziękuję za ten wpis! Życie mamy jedno i nie kończy się na internecie. Dużo zdrowia na ten rok! 🙂

Ula
Ula
7 miesięcy temu

Hej Aniu! Dziękuję Ci za ten wpis, bo od dłuższego czasu śledzę twój instagram codziennie i widziałam tę Twoje lepsze i gorsze chwile (oczywiście na tyle na ile je pokazywałaś) a teraz czuję się, jakbym porozmawiała szczerze z koleżanką o tym, jaki to był dla niej ciężki rok i ZROZUMIAŁA. To takie zebranie wszystkiego w całość. Mam nadzieję, że teraz będzie już to wszystko „z górki” i wszystko się ułoży! Zdrowotnie zwłaszcza, bo też się kiedyś przekonałam, że problemy zdrowotne potrafią – i nie ma w tym przesady – zrujnować życie. Wspaniałego 2022! Pozdrawiam

Agnieszka
Agnieszka
7 miesięcy temu

Nie potrafie zrozumiec internetowych „specjalistow” i zostawiaczy nieproszonych zlosliwych „porad”. Albo moze potrafie, ale to smutne wnioski i wyslalabym ich na terapie.
Warto pamietac, ze nigdy nie wiemy, z czym druga osoba sie aktualnie mierzy. Zycze Ci wielu rozpieszczajacych chwil w nowym roku 🙂

Julia
7 miesięcy temu

Aniu!
Nigdy nie lubiłam czytać blogów. Nauczyłam się tego dopiero dzięki Twojemu i to Twój jest moim ulubionym od paru lat. Jesteś prawdziwa i autentyczna, co w sumie mnie inspiruje – sama zaczęłam w ubiegłym roku kombinować z własnym blogiem i stałam się dla siebie nieco bardziej wyrozumiała. Dziękuję!
Mam nadzieję, że w tym roku będziesz zdrowa i szczęśliwa, tego Ci życzę.

Ola
Ola
7 miesięcy temu

Aniu, dobrze, że jesteś. Dorzucam tu swój komentarz jako jedna z wielu, wielu osób, które chcą Ci podziękować za Twoją pracę i życzyć Ci wszystkiego dobrego! Ściskam serdecznie! <3

Antyweszka
7 miesięcy temu

Cześć Aniu:) (aż chciałoby się powiedzieć – kopę lat). Przestałam czytać Twojego bloga kilka lat temu, kiedy napisałaś coś obraźliwego o Jezusie, a ja poczułam się urażona. Zamieniłyśmy wtedy kilka nieświadczących o dojściu do porozumienia słów i na tym się skończyło. Jeśli to pamiętasz – przepraszam. Kilka dni temu mąż wysłał mi jakiegoś tweeta i scrollując popularne propozycje trafiłam na jakiś Twój tweet. W ten sposób znów zagościłam tutaj i głupio mi, że dałam się tak urazić, bo dziś wiem, że nawet Jezus by się tamtym tekstem nie uraził. I mówię to jako osoba, która 5 lat temu opuściła kościół… Czytaj więcej »

Koci Punkt Widzenia
7 miesięcy temu

Aniu! Wszystkiego dobrego dla ciebie i oby ten rok był łaskawszy. Dobrze, że już dochodzisz do zdrowia.

Ja także miałam ciężki rok (zagrożona ciąża do lipca, skomplikowany poród na cito, przed czasem, samotność, gdy mojego partnera nie wpuścili do Polski „bo za długo tu było” i byłam sama z niemowlakiem przez ponad miesiąc). Mam nadzieję, że 2022 będzie łaskawszy.

W końcu będę spełniać swoje marzenia 🙂

Ewa
Ewa
7 miesięcy temu

Przytulam mocno i gratuluję, że przetrwałaś! ❤️

Żaba
7 miesięcy temu

Aniu wysyłam dużo ciepełka i miłości w różowej puchatej chmurce gojącej tkanki (nie umiem ładniej określić tego co sama chciałabym dostać jako przytulas pt”wszystko będzie dobrze”). I masz rację – pora się rozpieścić, chyba wszyscy na to zaslugujemy. Ten rok był do dupy tyle w temacie.
Jutro będzie lepiej :-*

Aneta
7 miesięcy temu

Rzadko kiedy udaje mi się przeczytać artykuł od początku do końca, ale kiedy jestem u Ciebie to naprawdę potrafisz tak zaciekawić, że nie da się pominąć ani jednego zdania – bo mam wtedy wrażenie, że coś mnie ważnego ominęło.

Karo
1 miesiąc temu

Cześć Aniu, nadrabiam Twojego bloga i dziękuje za ten wpis. I ja jestem z tego rocznika co Ty:). Mysle ze trochę rozumiem, jak się czujesz, miałam podobne odczucia i przemyślenia, problemy ze zdrowiem i osobiste, u mnie jeszcze wjechała depresja. Nie wiem czy przeczytasz ten komentarz, ale: hura- przetrwałyśmy!!!

Previous
Jak zwolnić RAM w głowie i nie tylko
Najtrudniejszy rok w moim życiu

29
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x