Jak dbam o cerę w podróży?

autor Posted on

Gdy pokazałam zakorkowany Bangkok, pytanie pojawiło się po raz pierwszy. Gdy pokazałam buchające ze skuterów spaliny w Indonezji – padło po raz drugi. Nie będę ściemniać, że “wielu z was pyta mnie…” bo zapytały tylko dwie osoby, ale to jest tekst, który napisałabym chętnie dla młodszej siebie.

Tutaj jest lato (a w zasadzie, to pora deszczowa, bo Indonezja ma 3 pory roku), więc z jednej strony mam potrzebę śmigania bez makijażu, z drugiej zaś – smarowania się filtrem 50. Kto go używał, ten wie – jest ciężki. Ja czuję na twarzy, że jestem czymś oblepiona. Nie lubię tego uczucia, ale nie lubię też schodzącej mi z nosa i czoła skóry.

3 lata temu spotkało mnie to gdy wracałam z Azji:

Używałam wtedy filtra 30. Więcej tego błędu popełnić nie zamierzam ;). A nie używałam 50-tki, bo potwornie zapycha mi cerę. Zresztą, moja skóra po miesiącu podróży wyglądała tak:

Sucha i z mnóstwem czerwonych krostek i zaskórników. To nie była forma mojego życia!

A przecież wtedy też zabrałam ze sobą jakieś kosmetyki i starałam się o nią dbać. Co dwa dni na mojej twarzy lądowała nawilżająca, albo kojąca maseczka!

Dzisiaj nauczona swoimi błędami działam inaczej. Przede wszystkim – ja naprawdę nie mam czasu na dziesięcioetapowe rytuały oczyszczania. Kto śledzi moje stories, ten wie. Dzieje się dużo! Nie śpię też niestety osiem godzin dziennie, z podstaw udaje mi się jedynie wypijać 2 litry wody dziennie.

Mogło być lepiej. Ale nie jest.

Krok 1 to filtry, bez których nigdzie się nie ruszam. Mam filtr 50 w sprayu oraz dwa kremy BB – jeden z filtrem 30, drugi 50. Nie chciałabym mieć białej twarzy i opalonego ciała, więc ten skromny arsenał do makijażu załatwia sprawę. W moje ocenie Miya ma bardziej “europejskie” kolory, BB z Maybelline jest potwornie żółty. Ale też został przywieziony z Azji, więc się nie czepiam, chroni dobrze!

Filtry są jednak bardzo ciężkie, więc krok 2 to demakijaż:

Bagaż ma niestety swoją pojemność, więc w podróży wybieram chusteczki. Wygodnie mi tak odświeżyć twarz nawet w biegu. Nawet, gdy używam samego filtra (bezbarwnego!) moja chusteczka po dniu w Azji południowo-wschodniej wygląda tak:

Dlatego kolejnym krokiem jest nałożenie żelu do mycia twarzy na moją ukochaną szczoteczkę LUNA mini 3 od Foreo. Od kiedy w dwa tygodnie rozprawiła się z moimi zaskórnikami, nie umiem bez niej żyć!

To mój stały rytuał, uwielbiam ją nie tylko ze względu na działanie. LUNA Mini 3 jest bardzo malutka. Zajmuje niewiele miejsca w bagażu i jest lekka. Dzięki nie nie muszę pakować np. peelingu! Dodatkowo na jednym ładowaniu spokojnie działa pół roku, a jak się rozładuje – wystarczy podładować ją przez kabelek USB. Idealna opcja dla takich zapominalskich jak ja! Wzięłam kiedyś na długi lot czytnik… który był zupełnie rozładowany.

Moje dni są pełne wrażeń. Rano myję zęby, smaruję twarz kremem z filtrem i ruszam cieszyć się podróżą. Czasami w pełnym smogu mieście, czasami zdobywam wulkan. Po całym dniu mam ochotę od razu zasnąć, więc wieczorem zmywam filtr (lub makijaż) z twarzy. Dla oszczędności czasu korzystam z 30-sekundowego trybu Glow Boost. Delikatne pulsacje są przyjemnie relaksujące!

Lubię też pogładzić cerę rollerem z różowego kwarcu. W podróży stracił połowę rączki, ale nadal świetnie spełnia swoje zadanie. Masaż policzków jest bardzo przyjemny i odprężający! Jeśli chcesz kupić swój roller, z całego serca będę ci polecać różowy kwarc. Te jadeitowe są mocno wątpliwe etycznie. Przy wydobyciu tego minerału często pracują dzieci, nie polecam! (klik).

Za to masaż twarzy jak najbardziej rekomenduję. Dopiero na tak przygotowaną cerę nakładam krem nawilżający. Oczyszczona skóra wchłania go lepiej!

Do twarzy używam różowego kremu secret glow z Miya. Usta nawilżam malutkim balsamem, który dostałam podczas lotu Turkish Airlines. Na ciało nakładam codziennie kojący balsam po opalaniu z Alterry. Pachnie obłędnie! Jestem pielęgnacyjnym leniuszkiem, więc gdyby nie ten zapach, pewnie bym o nim zapominała. Uwielbiam zasypiać otulona wonią olejku migdałowego. Oprócz tego mam w kosmetyczce żel antybakteryjny (brudne paluchy na twarzy to proszenie się o krostki), przezroczyste plasterki do zakrycia ewentualnych niespodzianek (mają w składzie olejek z drzewa herbacianego, więc oprócz ochrony przed macaniem, przyspiesza także gojenie się). No i mała buteleczka samego olejku – pierwsza pomoc przy większych kłopotach!

Najbardziej cieszy mniej jednak to, że ani jedna niespodzianka się jeszcze nie pojawiła. LUNA mini 3 dzięki dokładnemu oczyszczaniu nie pozwala na taką sytuację. Szczoteczka soniczna usuwa nie tylko ciężkie kremy z filtrem, ale też zanieczyszczenia i nadmiar sebum, więc moja cera wieczorem może sobie spokojnie odpocząć.

O właśnie, jeśli przy odpoczynku jesteśmy – zabrałam w podróż kilka maseczek w płachcie, ale jak dotąd użyłam tylko jednej! Powinnam się poprawić 🙂 Oprócz tego w mojej kosmetyczce znalazło się miejsce na hydrożelowe płatki pod oczy. Kojące szczególnie po pracy przed komputerem. Niestety nie jestem w Azji na wakacjach – trochę pracuję zdalnie.

Zapomniałam pokazać jak przedstawia się mój makijaż. Jest bardzo oszczędny! Oprócz kremu BB na mojej twarzy ląduje tylko korektor i ukochany rozświetlacz glow&beauty marki fridge. Czasami też pomadka w kredce od Miya. I tyle! 🙂

Starałam się wybierać rzeczy, które mogę zużyć w trakcie podróży i zyskać na tym dodatkowe miejsce (i limit wagowy) na drobne pamiątki. Czuję motywację do wyzerowania maseczek do twarzy i pod oczy. Ten sam los spotka chusteczki do demakijażu i mam nadzieję – kojący balsam po opalaniu. Lubię z podróży przywozić lokalne specjały, więc każdy wolny gram na wagę złota :).

Wpis powstał we współpracy z marką Foreo.

Uściski, Ania

Podziel się

autor