Dziewczyno, jeśli czekasz jak na szpilkach czy chłopak odpisze- wyłącz te cholerne powiadomienia! Za każdym razem jak słyszysz charakterystyczny dźwięk🔔, uwalnia się kortyzol a ty masz reakcję stresową. A potem i tak jesteś rozczarowana, że to 20% rabatu na sandały, a nie książę z tindera💁🏻‍♀️ PLUM-stres-PLUM-stres-PLUM-stres - zwariować można!
Plus może warto przemyśleć, czy to właściwa relacja? Nie fajniej dostawać niespodziewane wiadomości od których się rumienisz, niż czekać aż ktoś odpisze?
Oczywiście dotyczy to relacji nazwijmy to... romantycznych, nie takich bez zobowiązań!😉 Piszę o tym przy okazji zadania numer 16 w ramach wyzwania. Dopóki nie oddałam tej działki mojemu przyjacielowi i menadżerowi @troyann (takie 2w1 bywa wygodne!), cały czas byłam w trybie stand-by czekając na umowę, ustalenia, akcept, dalsze negocjacje. Piątkowy wieczór, daleka podróż - wieczny podryg na dźwięk powiadomienia, bo może to akurat to, na które czekam... Zawsze na jakieś czekałam!😏
Maciek przekonał mnie w Gruzji, bym się ich pozbyła. Na bieżąco migają mi tylko podczas korzystania z instagrama, co jest wygodne, szczególnie gdy odpowiadam na pytania do wyzwania. Ale uwolniłam się od maila! Lubię kontakt z Wami, ale z umiarem!
Prawie w ogóle nie odpowiadam już na messengerze, jeśli mam do kogoś coś pilnego - dzwonię lub piszę SMS. Wiem, że jeśli ktoś będzie miał coś pilnego do mnie - też wybierze taką formę!
I jasne, pierwszą rzeczą, którą kupię w Bangkoku będzie karta SIM i internet (ostatnio też tak było🙈), ale zrobię to by ogarnąć transport i nocleg, a nie by sprawdzić czy przez moją nieobecność w sieci świat czasem nie spłonął ;) Jeśli nie jesteś gotowa na krok o którym mówię, pomyśl o tych wszystkich razach, gdy czekałaś na kuriera z paczką i specjalnie nie wychodziłaś z domu, a on cię olał i zostawił paczkę w punkcie, albo napisał, że przyjedzie jutro🙄
Dziewczyno! Życie Ci przelatuje przez palce na tym czekaniu!
Napisałam to pod wpływem wiadomości z uczestniczką wyzwania, której smartfon przyrósł do ręki bo wiecznie czeka! ;) zdjęcie zrobiłam 3 lata temu po Azji, kojarzy mi się z wolnością!
#szczerze_pisząc #motywacja #wyzwanie #aniamaluje #powiadomienia #stres

Dziewczyno, jeśli czekasz jak na...

Nie wiem jak szybki musiałby być aparat, aby uchwycić ten uśmiech na mojej twarzy😅 niestety mam domyślny bitch face, co nie znaczy, że odpowiada on temu co dzieje się u mnie w środku ;). Faktem jest jednak, że ludzie zawsze zauważają „ty się uśmiechasz” gdy się uśmiecham, bo jak ten uśmiech długo jest na mojej twarzy, to znaczy, że jest mi dobrze i błogo.
Ale dzisiaj to się śmieję cały dzień🤣 Nie dość, że wszystko mi fajnie wyszło, to jeszcze rozbawiły mnie do łez wasze wiadomości o tym, co dziwnego zrobiłyście podczas PMS🤪. Chodźcie na stories, jest fajnie! (Serio ten uśmiech jest rzadki, nie umiem się tak uśmiechnąć sztucznie, musi być totalnie autentyczny!)
#aniamaluje #szczerze_pisząc #zamioculcas #plantlady #crazyplantlady #pms #blogerka #uśmiech #radocha #frajda

Nie wiem jak szybki musiałby...

Ależ ja miałam od kilku dni podły humor! Niczym kiepski detektyw chwytałam się banalnych tropów, jak osłabienie i rozdrażnienie po chorobie, ciśnienie, pełnia księżyca, zły stan powietrza... Ten stan narastał od kilku dni, a ja miałam takie „wtf, o co ci chodzi dziewczyno?” Wszystko w życiu idzie jak trzeba, niektóre rzeczy nawet lepiej, skąd ten nastrój?
Zrzuciłam wszystko co mi leżało na wątrobie i co mnie gniotło w różnych sytuacjach, ale nie pomogło.
W życiu bym nie wpadła na to, że z opóźnieniem trzepnęła mnie książka i czytanie o szalenie skomplikowanej sytuacji w Myanmarze (Birmie).
Tak już czasami mam, że reaguję z opóźnieniem. 
Czasami zadziwia mnie z jaką lekkością jednego dnia przeżywam frustrację, bo w żaden sposób nie mogę spuścić napięcia, a drugiego mam wyborny humor, uśmiecham się szeroko i zaśmiewam z prymitywnych memów.
Tylko czemu zawsze to uwolnienie przychodzi wtedy, gdy pozwolę sobie na te brzydkie emocje i przestanę z nimi walczyć?
Pewnie z tego samego powodu, dla którego ludziom wychodzi podryw gdy odpuszczą, a nie desperacko próbują bardziej.
Ale mi teraz dobrze po pozbyciu się tego dziwnego ładunku! Uczucie jak zdjęcie niewygodnych butów po całym dniu! Albo jak dobiegnięcie do domu i zrobienie siusiu po godzinie wstrzymywania resztką woli🙃

Super ważna lekcja dla mnie: bardziej poddawać się falom, nie walczyć z nimi, bo się utopię!

#tajlandia #thailand #podróże #podróżemałeiduże #aniamaluje #szczerze_pisząc

Ależ ja miałam od kilku...

Którą Anią dzisiaj jesteś? 1 czy 2? I tak się zawsze kończy z nogami na ścianie🤣, ale taka mała refleksja, którą chcę się podzielić - jestem z siebie dumna! Kiedy bardziej chorowałam, wymyśliłam sobie, że muszę mieć w życiu coś, co da mi niezależność i pozwoli zarabiać nawet wtedy, gdy ja nie będę w stanie pracować. Aż do wczoraj nawalało mnie gardło, więc napakowałam czas spotkaniami towarzyskimi i nawet wciągnęłam serial, bo z pracką mimo chęci to jakoś nie szło. I super czuję się z tym, że:
- MOGŁAM.
Nie żyję bez poduszki finansowej, mogę powiedzieć sobie - Ania, teraz nie pracujesz, zluzuj
- nic nie robiąc* i tak zarabiałam. Moja wydana w 2013 książka, której w ogóle nie promuję bo mi się już nie podoba(!) jak co roku złapała się w styczniowe flow i dała mi hajs. 
I to jest super rzecz, za którą jestem bardzo wdzięczna, bo i tak pozwalam sobie na miesiąc w Azji (podczas którego nikt nie zwolni mnie z płacenia za mieszkanie itp), a tutaj niemiłe niespodzianki nie niszczą mojego komfortu.
Ogromnie mnie to cieszy, bo wiem, że wiele osób „nie może sobie pozwolić na L4” z grypą, bo niższa pensja oznacza kłopoty finansowe a normalnie jest na styk😪O ile w ogóle są ubezpieczonymi szczęśliwcami na etacie!
Cieszę się, że udało mi się od tego uchronić! *przesadziłam z tym „nic nie robiąc” bo believe me or not - pytania do wyzwania i wyzwanie sprawiają, że siedzę na IG 5h dziennie😰 ale robię to za darmo i od siebie, nigdy nie prosiłam o patronite itp, więc still - nie robię w styczniu nic zarobkowo.

Cholernie mnie to cieszy, że mam komfort życia bez strachu i chociaż nie zarabiam bardzo dużo, to mogę sobie pozwolić na luksus chorowania.
I przeraża mnie, że w 2020 chorowanie stało się luksusem. 
Strasznie! 
#aniamaluje #szczerze_pisząc #książka #czytam 
#parisvibes #neutralstyle #styledujour #lookdujour #parisstyle #classicstyle #womenwithstyle #theparisguru #frenchvibes #parismood #modeaparis  #aestheticlypleasing #aestheticoutfit #postitfortheaesthetics #ootdsubmit #darlingdaily

Którą Anią dzisiaj jesteś? 1...

Czy nie możemy próbować być TROSZKĘ lepsi bez tej całej napinki?
Bez zawstydzania nastolatek na utrzymaniu rodziców, że nie mają każdej jednej rzeczy eko i zero waste i w ogóle instagramowa policja approved?
Bez wytykania komuś lotu na chrzciny kuzynki, bo ślad węglowy i straszne zło?
Komuś, kto zaczął przygodę z byciem wege, że robi za mało?
 Nie podoba mi się napinka wyzwalająca poczucie, że jeśli stać cię tylko na malutki kroczek, to jesteś ZŁY I NIEDOBRY. Nie jesteś!
Wrzucając  jakieś linki do swoich starych tekstów (powiedzmy do 2016) często zaznaczam: dzisiaj napisałabym to inaczej. Dlaczego? Bo jestem bardziej empatyczna i rozumiejąca, złagodniałam. Nie lubię rewolucji, wolę łagodną ewolucję i dojrzewanie do zmian. Dlatego chociaż sercem jestem np. za bardziej eko, tańszymi i zdrowszymi (może za rok ukażą się badania, że jednak nie!) kubeczkami menstruacyjnymi, to nie wyobrażam sobie zawstydzania kobiet, dla których ten krok to za dużo. Bo mogę edukować i wyjaśniać, ale jestem za wyborem. I rozumiem gdy jest inny niż mój!
Tak samo jak rozumiem, że ktoś kupi bikini za 50 zł, na aliexpress zamiast takiego samego za 150 w sieciówce, bo ma ogólnie po opłaceniu wszystkiego 400 zł w budżecie i o takim szytym w Polsce w duchu eko to może pomarzyć. 
Chciałabym abyśmy bardziej próbowali się rozumieć, a mniej oceniać i osądzać. Pokaz innym jak żyjesz, zainspiruj do czegoś fajnego, ale nie wywołuj poczucia, że jest gorszym człowiekiem. Po co?
Nie zawsze da się wybrać idealnie, warto pomyśleć, że inni dokonują najlepszych wyborów jakich potrafią.
#noshame #aniamaluje #szczerze_pisząc #piesek #dogsofinstagram #wakacje #lato #toniemojpies #niestety

Czy nie możemy próbować być...

Jakiś czas temu wróciłam do robienia sobie autoportretów. Kiedyś dawało mi to frajdę, potem uznałam za dziecinne i głupie. Dzisiaj uważam, że dziecinne to jest nazywanie rzeczy przynoszących frajdę dziecinnymi🙃

Gdyby nie samowyzwalacz i kilka serii, to pośród kilku całkiem niezamierzonych sexy póz, nie znalazłabym tej! Perełka🤣
Mama całe dzieciństwo mi mówiła: usiądź jak człowiek! 
Dzisiaj to samo mówi mi fizjoterapeuta. A moje nogi plączą się na przedziwne sposoby i na krześle i na tym legowisku, które zrobiłam sobie do czytania😅
Co jest ironiczne, bo mam szeroki parapet o którym zawsze marzyłam, że czytanie z kubkiem gorącej czekolady w oknie... kupiłam nawet piankę tapicerską na ten parapet by było miękko w tyłek i co? W ogóle na nim nie siadam! 
Fun fact: kiedyś potrafiłam założyć sobie nogi za głowę, ale raz nie mogłam się z tego potem rozplątać😅
Czy są tu jakieś osoby dzielące mój problem z nogami? Odezwijcie się, może moja mama zrozumie, że to nie jest moja złośliwość, że przy obiedzie zdarzyło mi się siedzieć po turecku🤦🏻‍♀️ #aniamaluje  #szczerze_pisząc #czytanie #książka #nogi #autoportret #interiordesign #zamioculcas #plants

Jakiś czas temu wróciłam do...

No i jak, miała być realizacja postanowień „od nowego roku” a jakoś kacyk i zmęczenie nie sprzyjają treningowi a ze zdrowym odżywianiem też ciężko?
Startuję z czymś banalnym, bo cóż może być bardziej oklepanego niż wyzwanie styczniowe?🤪Ale na zachętę powiem, że miało wystartować rok temu, ale uznałam, że jest niedopracowane. Dałam je dziesięciu osobom, które przesłały mi swoje uwagi, podzieliły się trudnościami i je ulepszyłam.
UWAGA! To nie jest jedno z tych pięknych wyzwań, gdzie zapisujesz swoje wyniki w ślicznym notesie brokatowymi cienkopisami. Tu trzeba trochę pozasuwać w realu, nie w marzeniach!
Nie chciałam, by było jak te wszystkie rzeczy z pinteresta albo filmiki z pięciominutowymi DIY, które oglądasz, mówisz pod nosem, że fajne (a może nawet zapisujesz w zakładkach!) ale nigdy nie realizujesz🤫
Ono jest po prostu skuteczne.
30 zadań, na które jest 45 dni.
Lżejsze i trudniejsze.
Codziennie na stories! 
Aha, oczywiście wystartowałam z wyzwaniem, ale nie wymyśliłam nazwy, więc przygarnę propozycje 
#wyzwanie #nowyrok #motywacja #aniamaluje #szczerze_pisząc #nogi #nylons #rajstopy #kropki #kropeczki #polkadot #zamioculcas

No i jak, miała być...

Nadchodzi fala podsumowań  od tych, którym wszystko się udało (i fajnie!👏🏻) a przyznam, że nie zrealizowałam żadnego kluczowego celu na 2019🤪
I nie jestem zła! Ani trochę!😲
Miałam jakieś założenia odnośnie tego, co bym chciała osiągnąć.
A potem poczułam, że sama kasa jest dla mnie za małą motywacja i mogę to zrobić, ale nie czuję z tego radochy. 
W 2019 dałam sobie plaska w twarz i zastanowiłam się , czego NAPRAWDĘ CHCĘ. Nie zawsze to były fajne myśli! ✅przestałam uciszać ten głos, który mówił czego pragnę, a który uciszałam, bo nie pasował mi do moich wyobrażeń o mnie samej.
Ale kiedy ich posłuchałam, to o jeju! Zaczęło mi być fajniej w życiu. ✅ Np. niedziele tylko dla mnie (dzisiaj to święto ruchome). Nie zdawałam sobie sprawy jak ja bardzo potrzebuję przestrzeni TYLKO dla siebie! ✅ Jestem asertywna bez poczucia winy i strachu przed tym, że ktoś uzna mnie za niemiłą (nie muszę być miła!)✅ Piszę bloga znowu dla przyjemności, bo choć Wasze propozycje tematów są super, to ja muszę czuć moment i dać myślom dojrzeć, nie jestem wyrobnikiem tworzącym na zawołanie. Nie chcę być!
✅ Przestałam patrzeć  na liczby i zastanowiłam się, czy w ogóle chcę być instagramerką i blogerką. Nie chcę. Chcę być Anią, która ma bloga i instagrama.

To był naprawdę dobry rok, chociaż nie postawię spektakularnych ptaszków na kartce z celami! Jak ja mogłam w ogóle mieć cele, nie wiedząc czego chcę?🙈
To był mój taki gap year, w którym przypadkiem zarobiłam najwiecej w życiu (i większość przehulałam!) ale niczego nie żałuję!

#aniamaluje #szczerze_pisząc #barcelona #parkguell #sukienka #podróże #podróżemałeiduże #catalunya #cele #podsumowanieroku #podsumowanie2019 #motywacja

Nadchodzi fala podsumowań od tych,...

Święta święta i po świętach😅 zawsze chciałam wcisnąć gdzieś to  zdanie🤭
Gdy powiedziałam, że spędzam sylwestra w wannie, zetknęłam się z dwoma typami reakcji:
👉🏻 zapraszam do mnie/do nas, co będziesz sama siedzieć!
👉🏻 też bym tak chciała, ale jakoś nie umiem odmówić i się wykręcić 
Ja akurat z odmawianiem czegoś, czego nie chcę, NIGDY nie miałam problemu. Dziadek mnie nauczył, że mam nie uszczęśliwiać nikogo swoim kosztem i jestem mu za to wdzięczna. 
Inna sprawa, że odmawiałam w tak fatalnym stylu, że o jeju. Dzisiaj nie szukam wymówek, nie mam problemu by zamiast wymyślać pogrzeb ciotki albo zapalenie gardła powiedzieć „dzisiaj mam potrzebę poczytać książkę, ale dzięki za zaproszenie”.
I tyle.
Więc tak zupełnie szczerze, to ja naprawdę nie kumam tych wszystkich tekstów o kulturowej presji by coś robić, bo ja nigdy nie pozwoliłam jej wejść na głowę🙈 Nie  piszcie proszę, że wymaga to ode mnie jakiejś odwagi, bo co to za odwaga, gdy się nie boisz?🤪
Jestem jak ten egipski kapłan, który wiedział czym jest zaćmienie słońca, więc nie padał przestraszony na kolana. Zbyt wiele złych rzeczy na świecie dzieje się z powodu argumentu „bo tradycja”, bym uważała go za argument sensowny (niech obrzezanie dziewczynek tępymi żyletkami będzie przykładem).
Ciekawe jest też to, że wiele osób uważa, że ja będę w Sylwestra smutna i samotna😂 jeju, miałam w życiu kilka fajnych imprez, w tym zabawę na tajskiej plaży, po której wsiadłam w samolot i obudziłam się w Katarze. Ale nic nie przebije sylwestra z zeszłego roku, gdy leżałam w wannie z tak gorącą wodą, że aż parzyło, a po 5 minutach dolałam sobie jeszcze gorętszej. Cały dzień traktowałam się jak księżniczkę i rozkoszowałam się czasem ze sobą. Ale nie tak, że przeglądałam memy i chodziłam w rozciągniętym dresie, tylko jadłam pyszne rzeczy, paliłam pachnące świeczki, nałożyłam maseczkę na twarz i na włosy, delektowałam się książką.
Każdy ma swoją definicję radochy!
#grudzień #december #sukienka #sylwester #2020 #aniamaluje #szczerze_pisząc #presja #motywacja #radość #starezdjecie

Święta święta i po świętach😅...

Tak szczerze, to nigdy nie praktykowałam w sercu tej religijnej części świąt, bo najpierw byłam za mała, a potem mój dziecięcy umysł nie mógł uwierzyć w Boga, który pozwala mojemu dziadkowi umierać właśnie na raka.
Jeny, ja to umiem zrujnować atmosferę! 🤭
Więc tak wyszło, że ja się po prostu nigdy nie wkręciłam w religię i to się nie zmieniło. Trochę dziwią mnie te pytania o to, czy obchodzę święta. Robię tak jak zawsze! Lepię pierogi, robię sałatkę jarzynową, one nie mają wyznania😉 nie widzę powodu aby sprawić tego dnia przykrość babci i się z tego całkiem wymiksować. Podobnie jak wierzący ludzie chodzą przecież do lekarza, zamiast się jedynie modlić😊.
Jeśli dla kogoś święta to czas podziałów i rzuconego z pogardą „niewierzący nie powinni mieć wolnego”, to chyba źle zrozumiał coś z nauk Jezusa🤪
W każdym razie, ja mam wolne kiedy sobie wymyślę, bo taki sobie wykombinowałam styl pracy🤣

Dobra, wracając do milszych aspektów! Cieszycie się z małych rzeczy? Ostatnio widziałam filmik jak dziecko cieszyło się z zapakowanego w świąteczny papier banana🍌😅 jeju ja też taka byłam! Mój kochany dziadek dawał mi badziewne figurki albo paczkę żelków, a ja miałam radochę cały dzień. Dawał mi je z taką radością i całą celebracją, tym „zgaduj zgadula, w której ręce złota kula” albo „ence pence w której ręce”, że po prostu mordka sama się śmiała. 
Napisz mi tu proszę jaki prezent sprawił Ci największą radość w dzieciństwie.
Lubię czytać takie rzeczy!♥️
#święta #prezenty #radość #choinka #xmass #dzieciństwo #dziecko #aniamaluje #dziewczynka #dzieci

Tak szczerze, to nigdy nie...

A może by tak rzucić wszystko i zacząć od nowa?

Pamiętacie cykl z historiami motywacyjnymi? Od dawna chodziła mi po głowie reaktywacja, bo czasami ja sama też potrzebuję takiego małego kopniaka na odwagę. Bardzo pozytywne zmiany w moim życiu przyniosła wymiana znajomych na bardziej otwartych, odważnych, mniej narzekających. Podobnie robię w innych sferach – staram się otaczać przedmiotami i aktywnościami które działają na mnie stymulująco. Wystarczy że pracuję z dziećmi w trudnych sytuacjach – to dawka cierpienia którą jestem w stanie przetrawić. Dzieci to dzieci, a dorośli są dorośli i mogą sobie sami poradzić. Tym bardziej z ogromną przyjemnością poprosiłam Dorotę o to, by podzieliła się swoją historią. Tym jak to jest zacząć od zera ryzykując wszystko… Zapraszam!

Zamiast wierzyć w kryzys, trzeba uwierzyć w siebie!

Dorota Kamińska

Pewnego ranka obudziłam się z myślą, że powinniśmy spróbować zamieszkać w Grecji. Ta decyzja była dla mnie równie oczywista, jak to że chwilę po wstaniu pójdę umyć zęby. To było coś w rodzaju bardzo silnej intuicji, której po prostu nie można było się przeciwstawić. Kilka dni później kupiliśmy dwa bilety w jedną stronę z Warszawy do Aten. I mniej więcej w tym samym czasie ogłoszono w Grecji kryzys. Od tego momentu minęło już pięć lat. W to co się w tym czasie działo, czasem aż nie chce mi się wierzyć.

Ja i Jani poznaliśmy się kiedy wyjechałam do Grecji na Erazmusa. Po roku studiowania na Lesbos, dwa lata przetrwaliśmy w związku na odległość. Później trochę mieszkaliśmy w Polsce. Dziś, kiedy ktoś się mnie pyta, czy przeprowadziłam się do Grecji, dlatego że mój mąż jest Grekiem, lekko się uśmiecham. Tak naprawdę to nie miało aż takiego znaczenia. To ja sama wybrałam miejsce gdzie będę mieszkać. Kto wie… A może to te miejsce wybrało mnie…

Kiedy okazało się, że wylatujemy naprawdę, wszyscy chwytali się za głowy. W mediach było wtedy zatrzęsienie o fatalnym stanie Grecji. O tym, że kraj pogrążony jest w depresji. Że Grecja chwila moment, wyjdzie z Unii, a później najpewniej zbankrutuje. Za każdym razem, kiedy to wszystko słyszałam ściszałam radio, zmieniałam kanał w telewizji, stronę w necie. A pakując walizkę, niemalże jak młotkiem, wbijałam sobie do głowy, że cokolwiek by się nie działo, nam i tak się uda!
Pierwszy rok był dla mnie psychicznie najcięższy. To co się działo, przypominało chodzenie w ciemnym tunelu i szukanie choć śladu światła, jakiegoś punktu zaczepienia. To był okres jednej wielkiej niepeweności, co tak naprawdę będzie. I na dodatek te ciągłe wiadomości o kryzysie i fatalnej sytuacji, które mimo odpierania i tak wracały jak boomerang. 
Wyjechaliśmy do Grecji mając oszczędności na pierwsze pół roku. Zamieszkaliśmy wtedy u moich obecnych teściów. Pomysł, żeby zacząć pisać bloga podsunęła mi moja starsza siostra. „Hmmm… Blogowanie jest teraz takie na czasie… I w sumie to by było całkiem interesujące, jakbyś zaczęła pisać jak to się zaczyna życie od zupełnego zera i jak wygląda codzienność w typowej greckiej rodzinie”. Ten pomysł był moim pierwszym punktem zaczepienia.
Pierwszego dnia, chwilę po wylądowaniu w Grecji, zamiast rozpakowywać walizki, napisałam pierwszy post, o tym co się dzieje. W nocy, zaczęłam myśleć jakby nazwać mojego bloga. Pierwsze co wpadło mi do głowy, to „sałatka po grecku”, czyli rzecz która najbardziej kojarzyła mi się z Grecją. Chwilę później wpadłam na to, że taka grecka sałatka jest idealnym symbolem greckiej rodziny. I tak też przyszło kolejne skojarzenie, by wszystkich bohaterów, którzy w blogu występują, ochrzcić nazwami warzyw, z których składa się typowa grecka sałatka. Do dzisiejszego dnia w mojej blogowej opowieści, moja teściowa nazywa się Feta, mój teść jest Pomidorem, a moja szwagierka Olivką. Tak już wyszło samo, że wielu czytelników, zwraca się do mnie „Sałatko”.
Blogowałam intensywnie przez całe trzy lata. Dopieszczałam każdy post. Dobierałam idealne zdjęcia. Zaczęłam pracować nad literówkami, ortografią i stylem. Po parę godzin, dzień w dzień – codziennie. Mimo, że nikt mi za to nie płacił i nikt też nie obiecał, że coś z tego wyjdzie, że coś się z tego zwróci. Ale pomyślałam sobie, że jeśli w coś wkładam całe moje serce i całą moją energię, to w pewnym momencie, ta sama energia do mnie wróci.
Po sześciu miesiącach mieszkania w domu rodziców Janiego, ostatecznie stopniały nasze oszczędności. Dokładnie w tym momencie Jani dostał pracę i mogliśmy przeprowadzić się na swoje. Kiedy wiedziałam już, że na dłużej zarzucamy kotwicę, zaczęłam bardzo intensywnie szukać pracy. Jednak właściwie każda próba była powodem do frustracji. W większości nikt nawet nie odpowiadał na moje maile. A kiedy pytałam osobiście, po drugiej stronie odpowiadała konsternacja i wielkie ździwienie. Był to najcięższy dla mnie czas w całym tym początkowym okresie. Tak jakbym dostawała od życia cios za ciosem. W małej wioseczce, gdzie Jani dostał pracę, panowała jedna wielka stagnacja i marazm. W wielkiej fabryce aluminum pracę dostawali jedynie mężczyźni. A życiorys kobiet w każdym przypadku był ten sam. Najpierw ciąża. Wychowanie dzieci. Następnie dbanie o rodzinę i dom. I tak aż do emerytury męża, czyli jakieś najbliższe trzydzieści lat. Kiedy patrzyłam na to co się dzieje, przechodziła mnie ciarka. Choć wydawało mi się to wtedy już nieco surrealistyczne, mimo wszystko, z uporem maniaka, powtarzałam: cholera jasna… ale mnie i tak się uda! 
Pomimo, że nikt ode mnie tego nie wymagał, nie było też większego powodu, codziennie wstawałam rano. Szłam pływać albo pobiegać. Później wkładałam swoje najlepsze ubrania. Rozpisywałam dokładny plan dnia i tego co mam zrobić. Wykonywałam staranny makijaż i ładnie czesałam włosy. Brałam samochód i wyjeżdżałam do pobliskiego miasta, żeby pracować w jakiejś fajnej kawiarence. Pisanie bloga, pierwszych tekstów do gazet. Uczenie się języka. I tak codziennie. Pewnego dnia po przeczytaniu kolejnego maila, że nie szukają nikogo do pracy, dostałam dobrą wiadomość.
Jeden z moich czytelników prowadził firmę z wycieczkami na Zakinthos. Firma bardzo się rozrosła i szukano pierwszej osoby do pracy w roli pilota. Nie zastanawiałam się ani minuty. Spakowałam walizkę i już na początku czerwca pracowałam jako pilot wycieczek. I już wtedy wiedziałam, że ten najtrudniejszy okres w Grecji mam już za sobą. Że wygrzebałam się z dołka i zaczynam wspinać się na górę. A dzięki temu że dostałam od życia po nosie i mimo tego przetrwałam, stałam się silnym człowiekiem. Dzięki temu wiem jak radzić sobie z trudnościami, wyjść z kryzysu cało i jak zapanować nad własnymi emocjami. 
Praca pilota spodobała mi się od samego początku. Pracując, jednocześnie poznwałam Grecje. Nowe miejsca, nowych ludzi, język. Uczyłam się pracy, radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Po przepracowanym sezonie, stwierdziłam że to już jest ten moment, kiedy mogę iść w swoją stronę. W głowie miałam już sto pomysłów na siebie. Pomimo tego, że moja droga z załogą na Zakinthos już się rozeszła, zawdzięczam im wiele. Ta prześliczna wyspa i wszystko co się tam stało, był to szalenie ważny przystanek w drodze, na której teraz jestem.
Kiedy cztery lata temu zaczęłam myśleć, gdzie otworzyć własną firmę z wycieczkami dla polskich turystów, od razu do głowy przyszła mi Korfu, choć tak naprawdę nigdy na tej wyspie nie byłam. Przez trzy kolejne miesiące sprawdzałam wszystkie inne wyspy, pod każdym możliwym względem. Po trzech miesiącach poszukiwań, okazało się, że Korfu to strzał w dziesiątke. Po raz kolejny intuicja podała na tacy najlepsze rozwiązanie.
Zimą opracowałam trasę. Jani sam nauczył się zakładania stron internetowych, po to by zbudować naszą. Nasze oszczędności nie były w tym czasie wielkie, więc kiedy na początku lata Jani odwiózł mnie na Korfu, ponownie zaczynałam właściwie od zera. W moim portfelu było kilka banknotów, które pozwalały skromnie przetrwać przez najbliższe dwa tygodnie. W pionie trzymała mnie nadzieja, że za chwilę zadzwoni telefon, że ktoś napisze maila. To był taki drugi moment, kiedy postawiłam wszystko na jedną kartę, ponownie nie mając żadnej gwarancji, że coś z tego wyjdzie. 
Sam początek był potwornie ciężki. Stres przepłaciłam częściowo zdrowiem. Moją reakcją na stres było to, że nie mogłam jeść. Więc z tygodnia na tydzień, traciłam wagę. Całą energię skierowałam wtedy na pracę. Łapałam każdą możliwość, by tylko być w trasie. Czasem po kilkanaście godzin pracowałam zupełnie za darmo, by tylko coś się ruszyło. Niestety, ale w pierwszym okresie rozkręcania własnej firmy, hasło: „work – life – balance” można sobie schować do kieszeni.
Pierwszy rok był bardzo ciężki, ale zakończył się sukcesem. Mieliśmy już swoich turystów. Jako firma stawaliśmy się rozpoznawalni. Na Korfu na samym początku nie znałam zupełnie nikogo, ale stopniowo zaczęłam poznwać dobrych ludzi, którzy bardzo mi pomogli. 
Kiedy skończył się pierwszy sezon, pomyślałam że kupię sobie śliczną kurtkę i super buty na zimę, a całą resztę pieniędzy przeznaczę na reklamę firmy. Ta kurtka i buty, które w tym okresie były dla mnie horendalnie drogie, były symbolem jakości do której dążę, w każdej sferze życia. Tak jak sobie założyłam, pozostałą część pieniędzy przeznaczyłam na inwestycje. Pamiętam, że Jani mówił mi, że to czyste szaleństwo, że po tak ciężkim roku, prawie wszystko znów ładuje w firmę i nie zostawiam sobie prawie nic. Może i tak, ale czasem to właśnie w szaleństwie jest metoda.
Drugi sezon na Korfu był jak wybuch wulkanu. Nie nadążałam z odpisywaniem na maile i odbieraniem telefonu. Telefon właściwie nie przestawał dzwonić. Ludzie, z którymi na Korfu współpracujemy nie mogli uwierzyć, że na naszych trasach jest aż tylu turystów. Już w drugim sezonie jeździliśmy systematycznie pełnymi grupami. Pewnie dla osób stojących z boku wydawać się mogło, że idzie nam tak dobrze, bo to widocznie łatwy interes. Ale tylko ja i najbliższe mi osoby, wiedzą ile energii nas to kosztowało. 
Wszystkie nasze wycieczki po Korfu prowadzone są małymi grupami. Każdy z trzech programów opracowałam sama. Naszą wielką dumą jest to, że do wielu z miejsc jeździmy jako jedyna zorganizowana grupa na całej Korfu. Na naszych wycieczkach panuje rodzinna, kameralna atmosfera. Jesteśmy również jedyną firmą na całej wyspie, która na naszą główną trasę, jest w stanie zabrać osoby na wózkach inwalidzkich, które podczas całej wycieczki są prawie całkowicie samodzielne. Pieniądze są ważne, ale nie najważniejsze. Fakt, że prowadząc firmę mogę ludziom i samej Korfu dać coś od siebie, stawiam na miejscu pierwszym. Ja po prostu kocham to miejsce. To, że mogę tu być kosztowało mnie wiele. Ale jest to jednocześnie jedna z najpiękniejszych rzeczy, która mi się w życiu przydarzyła.
Powoli zbliżamy się do środka sezonu trzeciego, który znów jest dużo lepszy od poprzedniego. Mam teraz kilka dni przerwy, po których znów jadę w trasy. Zawsze kiedy mam trochę wolnego, łapię oddech i przyglądam się wszystkiemu z boku. Uśmiecham się sama do siebie. Czuję taki przyjemny smak szczęścia. Ogromną satysfakcję. Poczucie spełnienia. Taką fantastyczną przynależność do miejsca w którym jestem, czasu i ludzi, z którymi mogę przebywać. 
Całe te pięć lat było dla mnie największym uniwersytetem życia. Teraz już wiem, że życiowe szczęście i spełnienie, to nie jest traf jak w totolotka, tylko droga z przeszkodami, którą trzeba pokonać samodzielnie. To kwestia wyznaczania sobie celów, mądrych wyborów. Pracy nad sobą, pokonywania własnych słabości. Umiejętności ryzykowania. Słuchania własnej intuicji i wielu szczerych rozmów przeprowadzanych samej ze sobą. I przede wszystkim – całkowitej lojalności w stosunku do własnych marzeń.

Jedna rada jaką dałabym sobie te kilka lat temu:
Robiąc swoje nie tracić ani minuty na martwienie się o przyszłość. Odrzucić wszelkie zamartwianie się, bo to właśnie ono nie pozwala w pełni cieszyć się każdym wykonywanym do przodu krokiem. Traktować siebie trochę jak małe, uczące się życia dziecko i przez to chwalić siebie za każdą najmniejszą nawet rzecz.

W życiu zawsze należy słuchać takiego wewnętrznego głosu, który najlepiej mówi, którą drogą trzeba iść. Ten głos zawsze ma racje, mimo że czasem wydaje się być irracjonalny. W naszym przypadku wybór Grecji na miejsce życia, wydawał się obiektywnie najgorszą z możliwych decyzją. Ale ponieważ ta decyzja była zgodna z nami, wszystko się udało! Gdybym wtedy tej intuicji nie posłuchała, teraz myślę, że byłabym nieszczęśliwa. Życia nie można się bać. Wielką umiejętnością jest nauczyć się z niego czerpać, żyć pełnią i się nim bawić.
____________
Drodzy! Mam nadzieję, że przyjmiecie ten cykl równie ciepło jak ja o nim myślę. Zaproszenie Doroty do opublikowania tej historii chodziło mi po głowie… ponad rok 😀 Potrzebowałam tylko tego momentu. 
Od dawna jestem czytelniczkę bloga Doroty, ale korzystając z idealnej okazji podrzucam link do firmy organizującej najlepsze wycieczki po Korfu .
Chciałam też napisać, że pomysł na reaktywację cyklu podsunęła mi nieświadomie Agnieszka, którą poznałam w Gdańsku. Jeszcze o tym nie wie, ale będzie następna 😉 Zależy mi na tym by to były także takie historie codziennych bohaterek, które odważnie chwytają życie za jaja (feministki mogą chwytać za coś innego jak wolą :))
Nie wiem jak Wy – ja dostałam po tej historii takiego kopa do działania, że z rozpędu pozałatwiałam kilka pilnych spraw z rana 🙂

Bądź na bieżąco! 

  INSTAGRAM ❤ FACEBOOK 
❤ FACEBOOK MONIKI 


Niektóre teksty widzą tylko subskrybenci (nie lądują na “głównej”) –

 jeśli chcesz być na bieżąco, zostań obserwatorem w google lub na bloglovin 🙂 A jeśli dany tekst Ci pomógł, sprawisz mi przyjemność, jeśli klikniesz +1 w g+ pod tekstem 🙂

Follow on Bloglovin

Komentując oświadczasz, że znasz regulamin

Uściski, Ania

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Previous
Jak wypromować bloga [od 0 do 200 tys UU]
A może by tak rzucić wszystko i zacząć od nowa?