Szybciej, mocniej, więcej, bardziej. Postaraj się więcej, wstawaj wcześniej, kładź się później.
Nie wiem jak wy, ale ja nie kupuję tego bullshitu. Mam pracę, którą uwielbiam - copywriterka daje mi mnóstwo satysfakcji, lubię poprawiać wyniki i czuć, że moja praca pomaga komuś zwiększyć sprzedaż albo zredukować czas spędzany na odpowiadaniu na pytania klientów, bo zgrabnie naskrobałam wyczerpujący opis. Ale też potrzebuję przerwy. Nie powinniśmy żyć w świecie, w którym pracujących ludzi często nie stać na samodzielne wynajęcia  mieszkania,  albo jedna wizyta u dentysty wpędza ich w długi. Jeden pełny etat powinien zapewniać pieniądze na godne życie.

Pamiętam jak kiedyś chciałam podkręcić kartę graficzną, by pograć w grę.
Pograłam. Chwilę.
Karta się spaliła.

Uczę się pracować mniej. Poleżeć brzuchem do góry. Zabrać książkę do parku. Odpoczywać. 
____
#lavieparisienne #vieparisienne #frenchfashion #howtobeparisian #takemetoparis #lestyleàlafrançaise #frenchstyle #parisvibes #neutralstyle #styledujour #lookdujour #parisianlifestyle #parisstyle #classicstyle #womenwithstyle #springoutfits #theparisguru #parisianblogger #frenchvibes #parismood #modeaparis #myparisstyle #parisianchic #aestheticlypleasing #aestheticoutfit #postitfortheaesthetics #ootdsubmit #darlingdaily

Szybciej, mocniej, więcej, bardziej. Postaraj...

Kiedyś nie lubiłam swoich nóg , bo są krzywe. najkrótsze sukienki jakie nosiłam były za kolano. No i głównie wybierałam spodnie.
To było głupie, wyrosłam z tego.
Ale wiele moich koleżanek wciąż jest na tym etapie. Nie założą latem szortów bo mają nogi: za blade, za chude, za grube, z cellulitem na który na pewno wszyscy będą patrzeć, z siniakami, pajączkami albo wuj wie co jeszcze. 
Kobietom zdarza się też odmówić spontanicznego wyjścia na basen czy nad jezioro, bo się nie wydepilowały.

Hmm, chodziłam ostatnio w krótkich sukienkach, chociaż nóg nie goliłam dwa tygodnie. Zazwyczaj co niedzielę sięgam po depilator, ale jakoś jedna mi wyleciała, a w kolejną jak miałam czas na ogarnianie siebie, to zrobiła się trzecia w nocy. Nie chciałam budzić sąsiadów bo depilator chodzi jak kosiarka.
Rok temu zrobiło mi się słabo i zaliczyłam glebę. Najpierw chodziłam z dwoma dorodnymi strupami na kolanach, potem z białymi śladami po nich. I też chodziłam w krótkich sukienkach, walić to. Może ze dwa razy jakiś Janusz skomentował, że chyba był awans w pracy, ale kto rządzi moim życiem, ja, czy strach przed spojrzeniami Januszy?😉 Nieważne jak wyglądają Twoje nogi, masz prawo chodzić w czym tylko chcesz. Czy masz 45 kg czy 145, czy nogi blade czy opalone, gładkie czy owłosione, paznokcie pomalowane czy nie. Nieważne, czy masz siniaki, pajączki, strupa, mnóstwo bąbli od komarów czy cellulit. To Twoje ciało.
Rób z nim co zechcesz! 🤗

#lavieparisienne #vieparisienne #frenchfashion #howtobeparisian #takemetoparis #lestyleàlafrançaise #frenchstyle #parisvibes #neutralstyle #styledujour #lookdujour #parisianlifestyle #parisstyle #classicstyle #womenwithstyle #springoutfits #theparisguru #parisianblogger #frenchvibes #parismood #modeaparis #myparisstyle #parisianchic #aestheticlypleasing #aestheticoutfit #postitfortheaesthetics #ootdsubmit #darlingdaily #wbutachbrilu

Kiedyś nie lubiłam swoich nóg...

Kocham lato. Sporo rzeczy w nim mnie wkurza - komary i nagrzany beton, bo wycinka drzew pod nowy parking. Ale więcej zachwyca.
Zieleń. Polne kwiatki. Rumianek. Że kwitnie czarny bez, a syrop z bzu to najlepszy dodatek do lemoniady na świecie. Że rosną maki. I dmuchawce aż się proszą o zdmuchnięcie. Można nosić zwiewne sukienki. Najlepszy strój świata, majtki, sukienka, klapki i jesteś gotowa. Że można poczytać książkę w cieniu pod drzewem. Objadać się lodami i mówić, że to dla ochłody. Chodzić do kina plenerowego. Siedzieć nad Wisłą. Zajadać się mizerią. Albo truskawkami. 
Lada moment stanieje fasolka, i będę ją z lubością polewać bułką tartą na maśle. Przy obecnych cenach masła to będzie droższe niż kawałek schabu, ale to dla mnie smak lata. Tak samo jak kalafior.
Za co Ty kochasz lato? Tylko dobre rzeczy!
#lavieparisienne #vieparisienne #frenchfashion #howtobeparisian #takemetoparis #lestyleàlafrançaise #frenchstyle #parisvibes #neutralstyle #styledujour #lookdujour #parisianlifestyle #parisstyle #classicstyle #womenwithstyle #springoutfits #theparisguru #parisianblogger #frenchvibes #parismood #modeaparis #myparisstyle #parisianchic  #aestheticlypleasing #aestheticoutfit #postitfortheaesthetics #ootdsubmit #darlingdaily

Kocham lato. Sporo rzeczy w...

Widzicie to białe pudełko na zdjęciu? Zrobiłam sobie w Tunezji małą symulację i nie spakowałam kosmetyków. Kupiłam je na lotnisku i wcale nie wydałam na to ogromnej kwoty - ja zapłaciłam taniej niż w sieciowych drogeriach. Dużo taniej za porządny zestaw - róż, maskara, pomada do brwi i rozświetlacz zapłaciłam 113 zł zamiast rynkowej ceny 310. Chodźcie na bloga zobaczyć jak to zrobiłam ;) Rozwiewam tam też  kilka mitów związanych z podróżowaniem, w które zadziwiająco często ludzie wierzą oraz mam dla Was super zniżkę - 20% na zakupy w @aelia_duty_free_polska - idealna okazja by kupić taniej swój ulubiony podkład albo perfumy.

#Tunezja #zakochaniwtunezji #discovertunisia #podróże #rabat #zakupy #kosmetyki #podróżemałeiduże #wakacje #sukienka #lato #girlsborntotravel #travelgirl 
Post we współpracy z @aelia_duty_free_polska 
Zdjęcie; @adriandmoch

Widzicie to białe pudełko na...

Moja koleżanka miała koszmarną promotorkę. Nie odpisywała na maile, wyrzucała kawałki pracy, które wcześniej zaakceptowała, olewała swoje seminaria i w ogóle nie była pomocna. Dawała jednak bardzo wyraźne aluzje, że poprzedni rocznik kupił jej w podzięce piękną biżuterię.

Prezenty są miłe, ale bywają kłopotem dla wszystkich stron. Dlatego na moim kanale na Youtube (link w stories) opowiadam o tym, co uważam o prezentach na zakończenie roku w szkole. Czy wypada dać? Co dać? 
A jeśli masz jakąś ciekawą historię związaną z takim prezentem - podziel się w komentarzu.
Ja najbardziej lubiłam te wszystkie koślawo narysowane kwiatki, przytulaski i deklaracje, że jestem najulubieńszą panią😉
#szkoła #zakonczenieroku #zakonczenierokuszkolnego #wakacje #lato #nauczyciel #prezent #aniamaluje #niedziela #dziendobry

Moja koleżanka miała koszmarną promotorkę....

Kocham lato. Nazrywałam sobie kwiatków, kupiłam kilka przepysznych rzeczy. #szparagi i #pomidory (czekoladowe, moje ulubione!) skropione oliwą i przykre boczkiem pieką się właśnie w piekarniku. Z awokado zrobię przepyszne guacamole, które zjem z gruzińskim puri (na zdjęciu w papierowej torbie, do mojego woreczka na pieczywo się nie mieści). Jestem bardzo dumna z tych zakupów, bo dało się #bezplastiku i #zerowaste, chociaż kobiałka prawie mi się rozpadła w drodze ;). Ale jestem też przerażona kierunkiem, w którym zmierzamy. Ja miałam ogromny komfort, że mogłam czasowo pozwolić sobie na zakupy na bazarku. Że miałam też taki bazarek w rozsądnej odległości. Że nie byłam po pracy obładowana własnymi siatami, służbowym laptopem, na którym zabieram pracę do domu i torebką wypchaną pudełkiem w którym noszę lunch i butelką termiczną, więc miałam wolną rękę na kobiałkę. Że mam tyle przestrzeni w głowie, by dowiedzieć się trochę więcej o środowisku i działać, a nie zaprzątam myśli kalkulowaniem z którym rachunkiem bezpieczniej się spóźnić - czy lepiej mieć zaległości za prąd czy za telefon, bo akurat musiałam wydać pilnie na dentystę a nie miałam poduszki finansowej.
Ale i tak zaraz przyjdzie tu ktoś, kto nie pozwoli mi stawiać swoich małych kroczków i palcem wytknie 3 plastry boczku na szparagach albo zakup awokado, bo do jego produkcji zużywa się dużo wody.
Myślę, że z excela jasno wychodzi, że światu bardziej przyda się 100 osób ograniczających złe nawyki o 50%, niż 3 będące w 95% eko, ale osłabiające morale innych gdy tylko wdrożą jakąś mąłą zmianę.
#zakupy #eko #próbuję #szczerze_pisząc #aniamaluje #vintage #jedzenie #czystamicha

Kocham lato. Nazrywałam sobie kwiatków,...

Tu był długi opis, ale za dużo hashtagów i instagram zjadł.
Pisałam, że robiłam dzisiaj porządki - audyt obuwia, bo lubię zanosić zniszczone buty do szewca i patrzeć na ich nowe życie. Odświeżanie letnich ubrań, bo lato zaskoczyło mnie wpadając bez wiosny. Ale w połowie wyszło jak zawsze, zrobiłam straszny bałagan i poszłam czytać książkę. Z polecenia @karolinakovalska „Rozdeptałem czarnego kota przez przypadek”. Ładne! Połknęłam na jeden raz. Aż żal.

Tu był długi opis, ale...

Pierwszy dzień po podróży to zawsze pranie i inne prace porządkowe, których szczerze nie znoszę, ale są koniecznością. Potrzebne było więc przepyszne ale też szybkie #jedzonko.
Upiekłam małe #pomidorki i fasolkę (ale tylko dlatego,że sprzątałam lodówkę, fajniejsze będą bataty, szparagi). Mix sałat, świeża #burrata i trochę kremu balsamicznego. Proste, pyszne i w sumie jedno z tych dań, które zaspokaja nie tylko głód, ale też inne zmysły. Burrata to moje odkrycie zeszłego roku, nie wiem jak mogłam żyć nie wiedząc o jej istnieniu, chyba będę musiała na nowo odwiedzić wszystkie miejsca we Włoszech, w których dotąd byłam😈 #burratacheese #burratagram #burrataporn #przepis #jedzenie #obiad #pycha #mniam #salatka #sałatka #salad #omnomnom #mniam

Pierwszy dzień po podróży to...

Większość zdjęć w rodzinnych albumach (u mnie) ma mnóstwo prześwietleń albo cieni w złych miejscach, totalnie randomowe pozy, bo ktoś z kiepskim wzrokiem strzelał na oślep. Ciekawe czy za 10-20 lat z podobnym poczuciem obciachu będziemy patrzeć na obecne trendy. Czy instagramowa stylistyka będzie postrzegana w ten sam sposób, co niegdyś meblościanki, które były w każdym domu i stanowiły powód do dumy.
Taka drobna myśl po wczorajszym oglądaniu zdjęć z dzieciństwa w różnych zakątkach internetu. Bardzo fajne to było!
#palmiarniagliwice #palmiarnia #czerwonasukienka #lumpeks #lumpeksowezdobycze #secondhand #palmhouse #jungle #plantlady #roślinki #niedziela #dziendobry #blogerka #podróżemałeiduże #silesia #gliwice #ootd

Większość zdjęć w rodzinnych albumach...

Rzadko jestem na Śląsku, a jeśli jestem to niestety tylko na chwilę, ale urok Nikiszowca działa na mnie za każdym razem jeszcze mocniej. Podobnie jak rolada z kluskami śląskimi i modrą kapustą, ktoś kto to wymyślił jest geniuszem. 
Jedna z najfajniejszych rzeczy w tym kraju to naprawdę zróżnicowana kuchnia regionalna. 
I przy okazji mam pytanie - czy ciasto ucierane to dla was ciasto, czy mówicie „upiekłam placek ze śliwkami”?
Bo dla mnie zdecydowanie są ciasta, i ciasta na które mówię placki.
#Katowice #Nikiszowiec #Śląsk #blogerka #podróżemałeiduże #podróże #zwiedzamy #kato #silesia #sukienka #ootdfashion #ootd #cegła #Polska

Rzadko jestem na Śląsku, a...

Moja historia : Maja

Nawet nie wiecie jak się cieszę, że Maja zgodziła się na napisanie historii. Nie będę zbędnie przedłużać i oddam Jej głos:


Witaj , Aniu.
Dziękuję za zaproszenie i za powód do rozruszania szarych komórek. Próbując w jakiś krótki i przystępny sposób opisać swoją historię zdałam sobie sprawę, jak trudne jest to zadanie. I nie dlatego, żebym nie znajdowała słów a dlatego, że do tej pory pisałam dla osób, które jak ja, zostały doświadczone przez przemoc w związku. Takie osoby rozumieją się w pół słowa. A przecież w gruncie
rzeczy porównanie jest bardzo oczywiste. Życie w związku przemocowym jest jak… przewlekła choroba. Z tą tylko różnicą, że z tej choroby da się wyjść definitywnie. Można oczywiście, jak w przypadku każdej innej choroby, poddać się i powoli gasnąć ale można też się zbuntować i o siebie zawalczyć. W Tobie Twoja choroba też zaktywizowała najlepsze co mamy – wolę życia i determinację. Sama też wiesz, że w takich przypadkach pytanie nie powinno brzmieć „Dlaczego ja?” tylko „Po co?”
         Gdyby ktoś wiele lat temu powiedział mi, że zostanę ofiarą przemocy emocjonalnej, to zabiłabym go śmiechem. No heloł! Ja – Maja Wielka wiedziałabym, co zrobić z przemocowcem. W pięć sekund za frak i won mi z mojej prywatnej przestrzeni! No i owszem, ale najpierw odebrałam lekcję pokory. I nie w pięć sekund tylko w pięć lat.
        Przemoc domowa (mimo że też w rolach głównych występują agresor i ofiara) to nie to samo, co rozbój, kiedy z nagła wpada ci do domu bandyta i macha spluwą a ofiara się broni. Cel działania przemocowca-w-związku, i finalna trauma ofiary są te same, ale wszystko jest rozłożone w czasie i odbywa się… subtelniej (choć to zupełnie nieadekwatne słowo). Dlaczego subtelniej? Żeby ofiara nawet nie odnotowała momentu, w którym przemoc zaczyna się dziać i żeby nie stawiała oporu.
      Będąc doświadczoną (po rozwodzie i z dzieckiem), samowystarczalną (zawodowo, finansowo i lokalowo) kobietą w wieku 40 lat związałam się z człowiekiem, który z początku charyzmatyczny, wielbiący, ujmujący i pachnący, z czasem pokazał całkiem inną twarz.
    Takich jak on nie rozpoznasz na pierwszy ani nawet na dziesiąty rzut oka, a pozór stabilności, kompetencji, moralności oraz przeuroczość, jaką wokół siebie roztacza są tak mylące, jak roztaczający słodki zapach migdałów trujący cyjanek. W układ z kimś takim i w emocjonalną zależność wchodzi się powoli ale za to skutecznie. Kolejne granice, zasady, ustalenia są łamane systemowo metodycznie.
Ani się obejrzałam, jak tkwiłam w przemocy emocjonalnej po uszy a fizyczna już wisiała na włosku. Amplituda najpierw miłosnych uniesień i górnolotnych zachwytów a potem cynicznego okrucieństwa jest tak wielka, że człowiek się czuje jak na kolejce górskiej. Po koszmarnych momentach przychodzą
błagania i kwiaty zroszone łzami, a po nich kolejny „miodowy miesiąc”, a potem znów trrrrach.
Agresja przeplatana jest miłością tak precyzyjnie dawkowaną, żeby ofiara nie zapomniała, gdzie jest miska z przysmakiem i czyja ręka ją napełnia. Całkowicie blokująca zdolność logicznego myślenia i łamiąca wolę, wręcz transowa mieszanka chemiczna wytwarzana w mózgu ofiary na skutek takich huśtawek jest nie do przebicia przez amfę, kokę czy zioło. Wszyscy przemocowcy świata o tym wiedzą i na tym jadą latami, zapewniając sobie poczucie kontroli i władzy, a swojej ofierze udrękę – mieszankę upokorzeń ale i zgrabnie podsycanej nadziei na to, że tamten człowiek sprzed lat – charyzmatyczny, ujmujący i wielbiący – se wrati. Ale on nie wraca i jest tylko coraz gorzej. Toksyczna jazda po bandzie, która nie kończy się nigdy. Nigdy, jeśli toksykowi na to pozwolić. Ale można też nie pozwolić.
Po latach huśtawek, wyniszczona psychicznie, jakoś tak nieśmiało zaczęłam drążyć w necie a potem w literaturze fachowej i to, co tam znalazłam powaliło mnie na panel podłogowy koloru orzech antyczny. Chociaż szukałam tam ratunku dla tego związku i rozwikłania zagadki tak skrajnych zachowań partnera, to znalazłam coś zupełnie innego. Okazało się, że mój związek był wzorcowym
przykładem opisywanej wszędzie, czego tylko w tym temacie tknęłam, przemocy emocjonalnej.
Te same mechanizmy, schematy, retoryka. Doznałam olśnienia ale i szoku. Ja – ofiara? On – nie zagubiony miś z mokrym noskiem tylko oprawca? Zwykły psychofag, emocjonalny pasożyt. Znak rozpoznawczy? Im bardziej ofiara gaśnie, tym bardziej oprawca rozkwita.
No weź, Majka, młotek i walnij się nim kilka razy w ten współuzależniony łeb i odseparuj się od człowieka, który cię metodycznie wykańcza. Kuknij no na siebie – byłaś witalną, towarzyską, zorganizowaną dziewczyną a została z ciebie kupa. Tak ze sobą rozmawiałam. A raczej rozmawiały ze sobą moje dwie głowy – jedna, logicznie myśląca, przemawiała do tej drugiej – emocjonalnej,
otumanionej psychodragiem. Aż się dogadały – za frak i won z naszej prywatnej przestrzeni. Ale ten schizoidalny dialog trwał. Nazbyt długo, jak na moje pierwotne wyobrażenie. Decyzja to dopiero połowa sukcesu, ale wykonanie to zupełnie inna bajka. Im bardziej, bowiem, zdeterminowana jest ofiara tym większe szaleństwo dopada agresora. Na opisywanie szczegółów atrakcji przemocowego związku (kłamstw, manipulacji, biernej i czynnej agresji, gaslightingu, wyzwisk, zdrad, wybaczeń, rozstań i powrotów) szkoda tu e-miejsca, a i samej mi już się nie chce do tego wracać. Najważniejsze są dwa momenty – moment olśnienia i to, co potem się z tym zrobi.
Spakowałam siebie, syna, psa i mój majątek doczesny. Wyprowadziłam się z mieszkania, w które, na swoje nieszczęście, jeszcze zdołałam się z tamtym człowiekiem uwikłać i po zaawansowanej formalnoprawnej szamotaninie – odwikłać. No i poooooszłam w długą. NIEMAL.
NIEMAL, bo detoksykacja po przemocowym związku, to nie jest kwestia tygodni czy miesięcy. Głównie trzeba się zmierzyć z żałobą. Śmierć iluzji o drugim człowieku jest tak samo bolesna jak każda inna śmierć. Mnie jako taka pionizacja zajęła rok ale rok to był… chyba najważniejszy w moim całym
dotychczasowym życiu. Na początku byłam przerażona, odcięłam się od świata, zamarłam w bezruchu. Wstyd, strach i poczucie winy (!) to coś, co nieodłącznie towarzyszy każdej kobiecie uciekającej z przemocowej relacji. Miałaś rację, Aniu, pisząc w swoim profilu, że najtrudniejsze jest zapanowanie nad własnym
umysłem. A kobiety poprzemocowe muszą zapanować aż nad dwiema głowami. Jedyne, co jeszcze długo potrafiłam, to machinalnie pójść do pracy, wrócić, zjeść cokolwiek, żeby nie zdechnąć a później… pisać. Żeby zrozumieć, dlaczego dałam się złapać w taką pułapkę i tak długo w niej tkwiłam, musiałam sama sobie to wytłumaczyć. Nie terapeuta, nie koleżanki, nie rodzina tylko JA SAMA. W 
punktach. A żeby wytłumaczyć i zrozumieć, jako wzrokowiec, musiałam to sobie NAPISAĆ (no, ja wiem, że to brzmi idiotycznie, ale działa). W wielu krajach są nawet specjalne fundacje promujące taką formę autoterapii dla ludzi po traumach i cierpiących z powodu depresji pourazowej – Selfteraphy by writing. Jako filolog nie mogłam się nie uchwycić takiej opcji. No, mówię Ci, Aniu, to
był psychiatryczny widok – łóżko, a raczej barłóg złożony z wymemłanej pościeli, wymemłanej mnie, mojego psa i trzydziestu książek w przekładańcu z kartek, stickerów, notatek. I pomogło.
 Odkryłam wszystkie niezbędne mi składowe. Odkryłam własne deficyty plasujące mnie w czołówce materiału na ofiarę (między wieloma innymi – „wiano” z domu rodzinnego, w którym alkoholik dyktował emocjonalne przypływy i odpływy). Odkryłam psychozabawy, w które ze mną grano
(między wieloma innymi – powielenie tego, co dostałam w domu – zabawa w „ciepło-zimno” i próba zasłużenia na „ciepło”). Może dla kogoś, kto nie był w takiej relacji, te odkrycia to jakiś abstrakcyjny kupenszmelc, ale dla mnie to było jak Eureka! dla Archimedesa, teoria względności dla Einsteina albo rad dla Skłodowskiej-Curie. Cały dotychczasowy bałagan ułożył się jak buddyjska mandala w bardzo oczywisty wzór. Mój prywatny wzór na wchodzenie w toksyczną relację i na wydostawanie się z niej.
I nagle okazało się, że w tym wszystkim w ogóle nie chodziło o tamtego faceta ani o tamten związek. On był tylko katalizatorem. Tu chodziło o mnie! Tak jak w biegu przez płotki nie chodzi o płotek tylko o płotkarza. Przy okazji rozkminy tego związku wyszperałam brakujące puzzle, które do tej pory w życiu, owszem, zawadzały mi ale byłam za leniwa i za powierzchowna, żeby się nad tym pochylić i rozkosznie ignorowałam. Zostawiałam na potem. Aż potem nadeszło pod postacią przemocowca.
Książki odłożyłam na półkę, kartki, notatki, stickery uporządkowałam i pewnego zimowego dnia 2012 roku otworzyłam bloga. Nie mógł się nazywać inaczej niż tylko „Moje dwie głowy”. Póki prowadziłam bloga dla siebie-wzrokowca okazało się, że problem jest daleko nie niszowy, a dziewczyny siedzące po szyję w przemocowym bagnie odnajdywały u mnie pewne odpowiedzi, wskazówki i pocieszenie, że… nie zwariowały. W swoim pisaniu poszłam dalej. I powstała książka. O tym samym tytule. I jest.
I hula. Cieszy mnie, kiedy dostaję maile od tych, które dzięki niej doznają własnego olśnienia. Już dla jednej byłoby warto, a co dopiero dla setek takich zdezorientowanych i przerażonych dziewczyn, jaką ja byłam kiedyś.
Dzięki blogowi i tej książce wróciłam do świata żywych i oczyściłam się z zalegającego szlamu. Ale to tak naprawdę był dopiero początek. Od tamtej pory niemal wywróciłam do góry nogami swoje dotychczasowe życie – przewartościowałam mnóstwo pojęć, dowartościowałam kilka sfer, które przedtem lekce sobie ważyłam i oto jestem.
Nie mam misji. Zrobiłam to wszystko w gruncie rzeczy dla siebie. Mam jednak czasem taką myśl fantasy, że ktoś naciska jakiś cudowny klawisz, który powoduje, że te WSZYSTKIE dziewczyny żyjące w krzywdzących, eksploatujących je związkach dostrzegają nagle prawdę, pakują się i wychodzą – bez zbędnej szamotaniny, wyparć, usprawiedliwień, źle pojętej miłości, jeszcze gorzej pojętej tolerancji i złudnej nadziei i bez wątpliwości. Żeby nie tracić życia. Swojego i często życia swoich dzieci.
Wszystkim dziewczynom, które żyją godząc się na upokorzenia, na życie gorsze niż tego zasługują, chciałabym powiedzieć co następuje. Nie będę gadać głupot – początek nie będzie łatwy. Ale, uwierzcie – się opłaci. Przypomniałam sobie, jak brzmi mój śmiech. Codziennie rano budzę się w lepszym życiu, otoczona szanującymi mnie i współmiernie kochającymi ludźmi, sprawdzam się w nowych sferach, poszukując tego, co mnie definiuje, co jest „moje”. Nie jestem skupiona na cudzym obłędzie tylko na własnym samorozwoju. Mam 48 lat a czuję się jak nowonarodzona i nie zawahałabym się powtórzyć całej tej operacji, żeby tylko być tu, gdzie jestem dzisiaj. Wszystkie znane mi uciekinierki tak mają. Najpierw jest dłuższy lub krótszy okres wyciszenia (a nawet rezygnacji), a potem wybucha bomba wolności – odbieramy sobie życie, reaktywujemy marzenia, które nam
skutecznie obrzydzano po to, żebyśmy, broń Boże, nie poświęcały się niczemu innemu oprócz obrzydzacza. Tyle że ta nowa wolność smakuje lepiej, bo jest ją z czym porównać. No i jeszcze jedna bardzo ważna rzecz. Nigdy nie czułam się tak kobieco, jak teraz, kiedy poczułam siłę swojej konsekwencji i stanowczości, od kiedy wiem, kim jestem.
Pozdrawiam, Aniu, Ciebie i Czytelniczki z nadzieją, że znajdziecie lepsze sposoby na osiągnięcie tego
samego.

Blog autorki: http://mojedwieglowy.blogspot.com/ i książka “Moje dwie głowy


PS. Dzisiaj będę odpowiadać na wszystkie zaległe komentarze, mam duże tyły, ale nie zasnę, dopóki tego nie zrobię 🙂 


Niektóre teksty widzą tylko subskrybenci (nie lądują na “głównej”) –

 jeśli chcesz być na bieżąco, zostan obserwatorem w google lub na bloglovin 🙂

 

Follow on Bloglovin

Lubisz – zalajkuj 😉

XOXO
Previous
Jak robić wszystko na czas? Zasada “Dwa Ce”
Moja historia :  Maja