Moja historia : Maja

Nawet nie wiecie jak się cieszę, że Maja zgodziła się na napisanie historii. Nie będę zbędnie przedłużać i oddam Jej głos:


Witaj , Aniu.
Dziękuję za zaproszenie i za powód do rozruszania szarych komórek. Próbując w jakiś krótki i przystępny sposób opisać swoją historię zdałam sobie sprawę, jak trudne jest to zadanie. I nie dlatego, żebym nie znajdowała słów a dlatego, że do tej pory pisałam dla osób, które jak ja, zostały doświadczone przez przemoc w związku. Takie osoby rozumieją się w pół słowa. A przecież w gruncie
rzeczy porównanie jest bardzo oczywiste. Życie w związku przemocowym jest jak… przewlekła choroba. Z tą tylko różnicą, że z tej choroby da się wyjść definitywnie. Można oczywiście, jak w przypadku każdej innej choroby, poddać się i powoli gasnąć ale można też się zbuntować i o siebie zawalczyć. W Tobie Twoja choroba też zaktywizowała najlepsze co mamy – wolę życia i determinację. Sama też wiesz, że w takich przypadkach pytanie nie powinno brzmieć „Dlaczego ja?” tylko „Po co?”
         Gdyby ktoś wiele lat temu powiedział mi, że zostanę ofiarą przemocy emocjonalnej, to zabiłabym go śmiechem. No heloł! Ja – Maja Wielka wiedziałabym, co zrobić z przemocowcem. W pięć sekund za frak i won mi z mojej prywatnej przestrzeni! No i owszem, ale najpierw odebrałam lekcję pokory. I nie w pięć sekund tylko w pięć lat.
        Przemoc domowa (mimo że też w rolach głównych występują agresor i ofiara) to nie to samo, co rozbój, kiedy z nagła wpada ci do domu bandyta i macha spluwą a ofiara się broni. Cel działania przemocowca-w-związku, i finalna trauma ofiary są te same, ale wszystko jest rozłożone w czasie i odbywa się… subtelniej (choć to zupełnie nieadekwatne słowo). Dlaczego subtelniej? Żeby ofiara nawet nie odnotowała momentu, w którym przemoc zaczyna się dziać i żeby nie stawiała oporu.
      Będąc doświadczoną (po rozwodzie i z dzieckiem), samowystarczalną (zawodowo, finansowo i lokalowo) kobietą w wieku 40 lat związałam się z człowiekiem, który z początku charyzmatyczny, wielbiący, ujmujący i pachnący, z czasem pokazał całkiem inną twarz.
    Takich jak on nie rozpoznasz na pierwszy ani nawet na dziesiąty rzut oka, a pozór stabilności, kompetencji, moralności oraz przeuroczość, jaką wokół siebie roztacza są tak mylące, jak roztaczający słodki zapach migdałów trujący cyjanek. W układ z kimś takim i w emocjonalną zależność wchodzi się powoli ale za to skutecznie. Kolejne granice, zasady, ustalenia są łamane systemowo metodycznie.
Ani się obejrzałam, jak tkwiłam w przemocy emocjonalnej po uszy a fizyczna już wisiała na włosku. Amplituda najpierw miłosnych uniesień i górnolotnych zachwytów a potem cynicznego okrucieństwa jest tak wielka, że człowiek się czuje jak na kolejce górskiej. Po koszmarnych momentach przychodzą
błagania i kwiaty zroszone łzami, a po nich kolejny „miodowy miesiąc”, a potem znów trrrrach.
Agresja przeplatana jest miłością tak precyzyjnie dawkowaną, żeby ofiara nie zapomniała, gdzie jest miska z przysmakiem i czyja ręka ją napełnia. Całkowicie blokująca zdolność logicznego myślenia i łamiąca wolę, wręcz transowa mieszanka chemiczna wytwarzana w mózgu ofiary na skutek takich huśtawek jest nie do przebicia przez amfę, kokę czy zioło. Wszyscy przemocowcy świata o tym wiedzą i na tym jadą latami, zapewniając sobie poczucie kontroli i władzy, a swojej ofierze udrękę – mieszankę upokorzeń ale i zgrabnie podsycanej nadziei na to, że tamten człowiek sprzed lat – charyzmatyczny, ujmujący i wielbiący – se wrati. Ale on nie wraca i jest tylko coraz gorzej. Toksyczna jazda po bandzie, która nie kończy się nigdy. Nigdy, jeśli toksykowi na to pozwolić. Ale można też nie pozwolić.
Po latach huśtawek, wyniszczona psychicznie, jakoś tak nieśmiało zaczęłam drążyć w necie a potem w literaturze fachowej i to, co tam znalazłam powaliło mnie na panel podłogowy koloru orzech antyczny. Chociaż szukałam tam ratunku dla tego związku i rozwikłania zagadki tak skrajnych zachowań partnera, to znalazłam coś zupełnie innego. Okazało się, że mój związek był wzorcowym
przykładem opisywanej wszędzie, czego tylko w tym temacie tknęłam, przemocy emocjonalnej.
Te same mechanizmy, schematy, retoryka. Doznałam olśnienia ale i szoku. Ja – ofiara? On – nie zagubiony miś z mokrym noskiem tylko oprawca? Zwykły psychofag, emocjonalny pasożyt. Znak rozpoznawczy? Im bardziej ofiara gaśnie, tym bardziej oprawca rozkwita.
No weź, Majka, młotek i walnij się nim kilka razy w ten współuzależniony łeb i odseparuj się od człowieka, który cię metodycznie wykańcza. Kuknij no na siebie – byłaś witalną, towarzyską, zorganizowaną dziewczyną a została z ciebie kupa. Tak ze sobą rozmawiałam. A raczej rozmawiały ze sobą moje dwie głowy – jedna, logicznie myśląca, przemawiała do tej drugiej – emocjonalnej,
otumanionej psychodragiem. Aż się dogadały – za frak i won z naszej prywatnej przestrzeni. Ale ten schizoidalny dialog trwał. Nazbyt długo, jak na moje pierwotne wyobrażenie. Decyzja to dopiero połowa sukcesu, ale wykonanie to zupełnie inna bajka. Im bardziej, bowiem, zdeterminowana jest ofiara tym większe szaleństwo dopada agresora. Na opisywanie szczegółów atrakcji przemocowego związku (kłamstw, manipulacji, biernej i czynnej agresji, gaslightingu, wyzwisk, zdrad, wybaczeń, rozstań i powrotów) szkoda tu e-miejsca, a i samej mi już się nie chce do tego wracać. Najważniejsze są dwa momenty – moment olśnienia i to, co potem się z tym zrobi.
Spakowałam siebie, syna, psa i mój majątek doczesny. Wyprowadziłam się z mieszkania, w które, na swoje nieszczęście, jeszcze zdołałam się z tamtym człowiekiem uwikłać i po zaawansowanej formalnoprawnej szamotaninie – odwikłać. No i poooooszłam w długą. NIEMAL.
NIEMAL, bo detoksykacja po przemocowym związku, to nie jest kwestia tygodni czy miesięcy. Głównie trzeba się zmierzyć z żałobą. Śmierć iluzji o drugim człowieku jest tak samo bolesna jak każda inna śmierć. Mnie jako taka pionizacja zajęła rok ale rok to był… chyba najważniejszy w moim całym
dotychczasowym życiu. Na początku byłam przerażona, odcięłam się od świata, zamarłam w bezruchu. Wstyd, strach i poczucie winy (!) to coś, co nieodłącznie towarzyszy każdej kobiecie uciekającej z przemocowej relacji. Miałaś rację, Aniu, pisząc w swoim profilu, że najtrudniejsze jest zapanowanie nad własnym
umysłem. A kobiety poprzemocowe muszą zapanować aż nad dwiema głowami. Jedyne, co jeszcze długo potrafiłam, to machinalnie pójść do pracy, wrócić, zjeść cokolwiek, żeby nie zdechnąć a później… pisać. Żeby zrozumieć, dlaczego dałam się złapać w taką pułapkę i tak długo w niej tkwiłam, musiałam sama sobie to wytłumaczyć. Nie terapeuta, nie koleżanki, nie rodzina tylko JA SAMA. W 
punktach. A żeby wytłumaczyć i zrozumieć, jako wzrokowiec, musiałam to sobie NAPISAĆ (no, ja wiem, że to brzmi idiotycznie, ale działa). W wielu krajach są nawet specjalne fundacje promujące taką formę autoterapii dla ludzi po traumach i cierpiących z powodu depresji pourazowej – Selfteraphy by writing. Jako filolog nie mogłam się nie uchwycić takiej opcji. No, mówię Ci, Aniu, to
był psychiatryczny widok – łóżko, a raczej barłóg złożony z wymemłanej pościeli, wymemłanej mnie, mojego psa i trzydziestu książek w przekładańcu z kartek, stickerów, notatek. I pomogło.
 Odkryłam wszystkie niezbędne mi składowe. Odkryłam własne deficyty plasujące mnie w czołówce materiału na ofiarę (między wieloma innymi – „wiano” z domu rodzinnego, w którym alkoholik dyktował emocjonalne przypływy i odpływy). Odkryłam psychozabawy, w które ze mną grano
(między wieloma innymi – powielenie tego, co dostałam w domu – zabawa w „ciepło-zimno” i próba zasłużenia na „ciepło”). Może dla kogoś, kto nie był w takiej relacji, te odkrycia to jakiś abstrakcyjny kupenszmelc, ale dla mnie to było jak Eureka! dla Archimedesa, teoria względności dla Einsteina albo rad dla Skłodowskiej-Curie. Cały dotychczasowy bałagan ułożył się jak buddyjska mandala w bardzo oczywisty wzór. Mój prywatny wzór na wchodzenie w toksyczną relację i na wydostawanie się z niej.
I nagle okazało się, że w tym wszystkim w ogóle nie chodziło o tamtego faceta ani o tamten związek. On był tylko katalizatorem. Tu chodziło o mnie! Tak jak w biegu przez płotki nie chodzi o płotek tylko o płotkarza. Przy okazji rozkminy tego związku wyszperałam brakujące puzzle, które do tej pory w życiu, owszem, zawadzały mi ale byłam za leniwa i za powierzchowna, żeby się nad tym pochylić i rozkosznie ignorowałam. Zostawiałam na potem. Aż potem nadeszło pod postacią przemocowca.
Książki odłożyłam na półkę, kartki, notatki, stickery uporządkowałam i pewnego zimowego dnia 2012 roku otworzyłam bloga. Nie mógł się nazywać inaczej niż tylko „Moje dwie głowy”. Póki prowadziłam bloga dla siebie-wzrokowca okazało się, że problem jest daleko nie niszowy, a dziewczyny siedzące po szyję w przemocowym bagnie odnajdywały u mnie pewne odpowiedzi, wskazówki i pocieszenie, że… nie zwariowały. W swoim pisaniu poszłam dalej. I powstała książka. O tym samym tytule. I jest.
I hula. Cieszy mnie, kiedy dostaję maile od tych, które dzięki niej doznają własnego olśnienia. Już dla jednej byłoby warto, a co dopiero dla setek takich zdezorientowanych i przerażonych dziewczyn, jaką ja byłam kiedyś.
Dzięki blogowi i tej książce wróciłam do świata żywych i oczyściłam się z zalegającego szlamu. Ale to tak naprawdę był dopiero początek. Od tamtej pory niemal wywróciłam do góry nogami swoje dotychczasowe życie – przewartościowałam mnóstwo pojęć, dowartościowałam kilka sfer, które przedtem lekce sobie ważyłam i oto jestem.
Nie mam misji. Zrobiłam to wszystko w gruncie rzeczy dla siebie. Mam jednak czasem taką myśl fantasy, że ktoś naciska jakiś cudowny klawisz, który powoduje, że te WSZYSTKIE dziewczyny żyjące w krzywdzących, eksploatujących je związkach dostrzegają nagle prawdę, pakują się i wychodzą – bez zbędnej szamotaniny, wyparć, usprawiedliwień, źle pojętej miłości, jeszcze gorzej pojętej tolerancji i złudnej nadziei i bez wątpliwości. Żeby nie tracić życia. Swojego i często życia swoich dzieci.
Wszystkim dziewczynom, które żyją godząc się na upokorzenia, na życie gorsze niż tego zasługują, chciałabym powiedzieć co następuje. Nie będę gadać głupot – początek nie będzie łatwy. Ale, uwierzcie – się opłaci. Przypomniałam sobie, jak brzmi mój śmiech. Codziennie rano budzę się w lepszym życiu, otoczona szanującymi mnie i współmiernie kochającymi ludźmi, sprawdzam się w nowych sferach, poszukując tego, co mnie definiuje, co jest „moje”. Nie jestem skupiona na cudzym obłędzie tylko na własnym samorozwoju. Mam 48 lat a czuję się jak nowonarodzona i nie zawahałabym się powtórzyć całej tej operacji, żeby tylko być tu, gdzie jestem dzisiaj. Wszystkie znane mi uciekinierki tak mają. Najpierw jest dłuższy lub krótszy okres wyciszenia (a nawet rezygnacji), a potem wybucha bomba wolności – odbieramy sobie życie, reaktywujemy marzenia, które nam
skutecznie obrzydzano po to, żebyśmy, broń Boże, nie poświęcały się niczemu innemu oprócz obrzydzacza. Tyle że ta nowa wolność smakuje lepiej, bo jest ją z czym porównać. No i jeszcze jedna bardzo ważna rzecz. Nigdy nie czułam się tak kobieco, jak teraz, kiedy poczułam siłę swojej konsekwencji i stanowczości, od kiedy wiem, kim jestem.
Pozdrawiam, Aniu, Ciebie i Czytelniczki z nadzieją, że znajdziecie lepsze sposoby na osiągnięcie tego
samego.

Blog autorki: http://mojedwieglowy.blogspot.com/ i książka “Moje dwie głowy


PS. Dzisiaj będę odpowiadać na wszystkie zaległe komentarze, mam duże tyły, ale nie zasnę, dopóki tego nie zrobię 🙂 


Niektóre teksty widzą tylko subskrybenci (nie lądują na “głównej”) –

 jeśli chcesz być na bieżąco, zostan obserwatorem w google lub na bloglovin 🙂

 

Follow on Bloglovin

Lubisz – zalajkuj 😉

Uściski, Ania

Podziel się

49
Dodaj komentarz

avatar
31 Comment threads
18 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
KajkaAnonimowyMajaAniamalujeAgga Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anonimowy
Gość
Anonimowy

Niesamowita historia, inny kaliber niż te poprzednie (niczego im nie zarzucam), ale znam problem i cieszę się, że jest tak dokładnie i prawdziwie opisany. Zabieram się za czytanie dwóch głów. Dziękuję!

Anonimowy
Gość
Anonimowy

Piękna historia. Sama wychowywłam się w rodzinie alkoholowej, gdzie była przemoc fizyczna i emocjonalna. Teraz jestem po terapii DDA i lepiej radzę sobie w życiu, ale to prawda, że szuka się (podświadomie) toksycznych partnerów, którzy przypominają relację z dzieciństwa. Człowiek zna to zło i czuje się z nim oswojony. Teraz mam normalny związek, ale miałam za sobą te mniej chore i bardziej chore. Jesteś wspaniałą kobietą, jestem z Ciebie dumna.

Anonimowy
Gość
Anonimowy

Świetny tekst

Lexie
Gość

Bardzo mocny tekst, wywarł na mnie duże wrażenie. Bardzo podziwiam autorkę za siłę jaką w sobie odnalazła! Oby tak dalej!

Anonimowy
Gość
Anonimowy

Świetnie się to czyta, muszę się zainteresować Twoim blogiem i książką. Gratuluję wyjścia z tej trudnej sytuacji, naprawdę podziwiam takie kobiety jak Ty.

Daisy K
Gość

Z ciekawością przeczytałam tą historię, bardzo podobna do mojej, Też tak naiwnie wierzyłam że może być lepiej. Żałuję że szybciej nie odeszłam. Pozdrowienia! 🙂

Anonimowy
Gość
Anonimowy

Juz po paru akapitach pomyslalam sobie, ze ta kobieta powinna ogolnie mowiac "pisac". Tak latwo czyta sie twoje mysli Maju. Tymbardziej gdy tekst nie jest o pogodzie, czy o ostatnio kupionej superbluzce z wyprzedazy, ale tekst tak wazny i trudny…
Tak wiec usmiechnelam sie do ekraniku mojego tel. jak doczytalam ze masz juz i bloga, i ksiazke. Choc cie nie znam ciesze sie bardzo, ze wyszlas z tego bagna i jestem dumna ze wszystkich kobiet ktore potrafia w takiej sytuacji powiedziec: NIE! Pozdrawiam.
Ps.sory za brak polskich znakow.Lutra

Szara Wiewiórka
Gość

Już na początku tekstu pomyślałam 'jak to się genialnie czyta, ta kobieta powinna napisać książkę' 🙂
To niezwykłe, jak bardzo może cieszyć szczęście zupełnie obcej osoby. Gratuluję siły i odwagi, bardzo, bardzo gratuluję.

Karola S.
Gość

Wspaniała historia i niezwykła kobieta. Wciąż jeszcze niewiele jest takich, które potrafią się pozbyć faceta-pasożyta. To na prawdę zasługuje na podziw.
Spostrzeżenie z innej beczki: wspaniały język, cięty i inteligenty. Zazdroszczę stylu pisarskiego. Opisane bardzo trudne przeżycia, ale w taki sposób, że nie mogłam nie zachwycać się doborem słów.
"Śmierć iluzji o drugim człowieku jest tak samo bolesna jak każda inna śmierć." To zdanie trafia na listę cytatów, którą tworzę.

Toyad Mordovnick
Gość

Ha!!! Jak zobaczyłam ten post na porychanym ekraniku swojego fonu, o mało nie zaczęłam wariacko skakać z radości. Ta historia jest tutaj tak sakramencko potrzebna, problem jest cholernie powszechny a niedoceniany (chyba dlatego, że uchodzi za "wstydliwy"…). Maja okazała się kiedyś moją prywatną latarnią morską, kiedy utknęłam na życiowej rafie i myślałam już, że tam marnie sczeznę. Sorry, ale buszując po internetach szukając po omacku jakiejś deski ratunku trafiałam głównie na smętne fora, gdzie kobity labidziły jak tu POMÓC Misiowi Pysiowi, który jest poszkodowanym niewinnym bidulkiem, tylko coś mu się w główce potaśtało, ktoś go skrzywdził w dzieciństwie, tralala, a… Czytaj więcej »

Maja
Gość

Matko, jak tu miło dla mej duszy 🙂A Ty, Toyadzie, jesteś wielka więc rób, za przeproszeniem, za kaganek, bo tak za dużo to nas nie ma, albo sie gdzieś dziewczyny ukrywają. A w ogóle, to FSZYSKIM dziękuję za ciepłe słowa, bo Toyad rację ma – często (zbyt często) można się spotkać z opiniami takich co to "nigdy by sobie nie pozwoliły" i gotowe pierwsze rzucić kamieniem. Na to też jest nazwa i o tym również w książce piszę – wtórna, społeczna wiktymizacja. To dlatego dziewczyny po przejściach przemocowych siedzą po krzakach i ani mru-mru. Bo dla wielu życie z kimś… Czytaj więcej »

Toyad Mordovnick
Gość

Myślę, że "dotkniętych psychofagozą" jest multum, wyleczonych trochę, z tego tylko garść wyłazi z krzaków. A ja myślę, że nic tak nie uskrzydla w trakcie ucieczki, jak pozytywne świadectwo uciekniętych i szczęśliwych "Kaganków" (kuźwa, pobrzmiewa z sekciarska trochu… ;)) Coś jest na rzeczy, że z TEGO jest szansa wyleźć, paradoksalnie, UberPanzerMenschem, w najlepszym tego dziwacznego ukutego na potrzebę chwili neologizmu znaczeniu 🙂 Ale nie jest to ani łątwe, ani szybkie, ani przyjemne. Natomiast zdecydowanie warte "budzenia się w lepszym życiu".

Maja
Gość

Aaaa tam, zaraz sekciarstwo. W sekcie to ja byłam – dwuosobowej – i starczy 🙂
My się tu tylko po kombatancku cieszymy, żeśmy ozdrowieńcy som. Człowiek się cieszy nawet jak się z kataru wyleczy, a co dopiero z uzależnienia od destrukcyjnej relacji. O!

Maja
Gość

To świetne, że pedagog ma świadomość takich zjawisk. Serce roście 🙂

Mydream
Gość

To chyba nie przypadek, że trafiłam na tego bloga i na ten wpis.Myślę, że to jakiś znak dla mnie, że czas zmienić to bagno w życie.Dziękuję Aniu za publikację tego posta i Tobie Maju za ten wpis.

Anonimowy
Gość
Anonimowy

Wzruszyłam się…moja mama przeszła podobną historię…uciekła, żeby nas uratować (mam jeszcze młodszą siostrę) od sponiewierania, libacji, krzyków i bicia. Jestem jej ogromnie wdzięczna-teraz jako dorosła kobieta i mama dwójki

Anonimowy
Gość
Anonimowy

Przeczytałam jednym tchem. Piękne. Podziwiam Maję za odwagę. Sama tkwię w ''toksycznym'' , bo mogę chyba tak to nazwać związku. Raz już uciekłam, a potem ''odchodziłam'' wiele razy (tyle że w myślach). Jak mi sie uda tak naprawdę coś ruszyć to opiszę i moją historię, na razie podczytując Anię zbieram siły.
Pozdrawiam.

Toyad Mordovnick
Gość

Wiesz, czasami trzeba po prostu wyczekać na TEN moment; gdzieś czytałam też, że kobiety związane z takimi typami decydują się na skuteczne odejście dopiero po specyficznym "okresie wzmocnienia" – bo w trakcie związku z psychofagiem zapierdzielasz z jęzorem na brodzie na JEGO wellbeing, a jak zakiełkuje w Twoim umyśle nieśmiała ale ożywcza świadomość, że pora przekierować energię na siebie, to stopniowo, stopniowo, czip niewolnicy Isaury w głowie emocjonalnej zacznie obumierać. Sasasa! Niniejszym zbieraj siły, Toyad czyma kciuki. 🙂

Maja
Gość

To prawda, że nikogo nie da się przekonać do żadnych rozwiązań przed "jego czasem". Tym nie mniej problem polega na tym, że każdy kolejny dzień w otoczeniu kogoś, kto niewspółmiernie więcej odbiera niż cokolwiek z siebie daje, powoduje tak ogromne spustoszenia, że odejście a później regeneracja wymagają już nadludzkiej siły. Każdy „rzut” (albo nawrotka przemocowego cyklu) osłabia ofiarę coraz mocniej aż w końcu łamie jej kręgosłup. Posłuchaj swojej intuicji i przyjrzyj się FAKTOM a nie SŁOWOM, Anonimowa. A, co będę gadać – posłuchaj swojej zdroworozsądkowej głowy, bo przemocowiec gra do bramki tej drugiej – emocjonalnej, bo tam najłatwiej narobić dezorientującego… Czytaj więcej »

Anonimowy
Gość
Anonimowy

Dobrze, że trafiłam na TEGO – Ani bloga. Po przeczytaniu tych historii a szczególnie Twojej Maju doszłam do wniosku że mój związek, kurcze normalny nie jest… Tyle że mój mąż nie jest przemocowcem a hazardzistą, ale wydaje mi się że to niszczy psychiczne tak samo jak życie z ww. Współuzależnienie pochłonęło mnie doszczętnie, próbuję mu pomóc na każdym kroku i usprawiedliwiać też. Jak byłam w ciąży z córeczką raz uciekłam (dobrze że mam gdzie) ale przyjechał z podkulonym ogonem i prosił błagał aż wyprosił…Chyba czekam, aż wyniesie mi wszystko z domu, bo może dopiero wtedy otworzę oczy. Ale ja wierzę… Czytaj więcej »

Maja
Gość

WSZYSTKO tylko nie TO – nie rezygnacja z uzależnienia, prawda? Kochana, strasznie Ci współczuję, wręcz współodczuwam. Tym bardziej, że jest dziecko. Ale może właśnie dla córki warto? Wyobraź sobie, że za 20 lat od niej słyszysz takie słowa, jakie sama tu napisałaś. Co byś jej doradziła? Pamiętaj, proszę, że ona rośnie i patrzy, i będzie dla niej normą, że jedna osoba może pozbawiać poczucia bezpieczeństwa pozostałych członków rodziny i nic z tego nie wynika poza szarpaniną kobiety.Jeśli jednak wierzysz, że „on dla was wszystko” to powiedz mu „sprawdzam” (jako hazardzista będzie wiedział, o co chodzi). Zaproponuj mu dwie rzeczy –… Czytaj więcej »

Anonimowy
Gość
Anonimowy

ja miałam podobnie, zawsze, wszem o wobec, głośno mówiłam: "jak można pozwolić sobie na takie tratowanie? Co to znaczy, że ta kobieta nie może od niego odejść? Kto sobie pozwoli na takie traktowanie?" i podobnie jak Ty, szybko zostałam ściągnięta na ziemię i doświadczyłam tego na własnej skórze… i zostałam z tym wszystkim sama. Niby wszyscy widzieli co się dzieje, ale nikt mnie "nie palnął w łeb" żebym się ogarnęła… i sama nie wiem co się stało, że zdecydowałam się na koniec, ale wiem, że była to najlepsza decyzja w moim życiu! Jednak liże rany do tej pory.. wciąż wracają… Czytaj więcej »

Anonimowy
Gość
Anonimowy

najsmutniejsze jest to, że coraz więcej takich związków..

Maja
Gość

Zależy z jakiej strony spojrzeć. Z jednej – fakt – zaburzenia osobowości, głównie narcyzm – święcą tryumfy. Z drugiej jednak kobiety są coraz bardziej świadome, mają więcej możliwości na zdemaskowanie problemu i jednak często dokonują wyboru na swoją korzyść.Moja mama, choć była bardzo wykształconą kobietą, chyba nie słyszała o pojęciu współuzależnienia i życie zmarnowała z alkoholikiem i kobieciarzem, który swoimi jazdami zatruł nam 20 lat zanim nie wymienił jej na nowszy egzemplarz, któremu z resztą też nieźle się dostało. Ja już miałam więcej możliwości – bez ogródek mogę powiedzieć, że literatura i net mnie uratowały i dały mi świadomość i… Czytaj więcej »

Anonimowy
Gość
Anonimowy

Maju, witaj w naszej bandzie 🙂 niestety, wiem czym jest przemoc psychiczna, wiem też jak wspaniale jest odrzucić przeszczep… Moje okropne małżeństwo trwało 3,5 roku, jestem po rozwodzie i była to najtrudniejsza ale i najlepsza decyzja w moim życiu:-) bardzo trudno podjąć decyzję o odejściu od przemocowca ( w moim przypadku – lekarz, chirurg, człowiek poważany w środowisku a w domu… Szkoda słów) ale jak już zrobimy ten krok to odkrywamy zupełnie nową jakość życia, nie na wyzwisk, upokorzeń, poniżania, wyśmiewania, upadlania…Jest za to: wiara w siebie, radość z życia i uśmiech. Dlaczego na to pozwalałam? Siniaki widać, mogą zmotywować… Czytaj więcej »

Maja
Gość

Tak rzadko zdarza mi się, mimo tych kilku lat "w temacie", czytać takie wspaniałe słowa. To wspaniałe. Domyślam się, ile kosztowało Cię odbudowanie siebie i odszczurzenie mózgu.
I nie wydaje mi się, żeby Ci się "udało", bo to kawał ciężkiej świadomej roboty a nie fart. Wiesz sama, czym jest schyłkowa postać takiego związku – kumulacja szaleństwa. Dla mnie fakt, że potrafiłam w tym już najkoszmarniejszym momencie nie poddać się kolejnym manipulacjom, kłamstwom, szantażom, stał się najpoważniejszą podwaliną mojego przyszłego poczucia własnej wartości. Od tamtego momentu wiem, że mogę WSZYSTKO, skoro dałam odpór tamtej psychozie.

Anonimowy
Gość
Anonimowy

Maju, pisząc " udało mi się" nie miałam na myśli farta, tak jak pisałaś, to było szalenie trudne, najpierw odejść ( pomimo gróźb, naprzemiennie wyznań o miłości i dalej upadlania i zastraszania) a potem żyć bez tego przeszczepu…Boże, jak cudne potrafi być życie bez niego :-)! Teraz to wiem 🙂 Najgorsze jest to o czym pisała Toyad, trzeba wyczekac TEN moment, jeśli jeszcze go nie osiągnęłaś to raczej nic i nikt nie przetlumaczy Ci jak jest naprawdę, samemu trzeba doznać OLŚNIENIA a potem tylko konsekwentnie wyrzucać tego człowieka ze swojego życia. Trzymam mocno kciuki za wszystkie dziewczyny uwiklane w takie… Czytaj więcej »

Maja
Gość

I z wzajemnośćią <3.

Anonimowy
Gość
Anonimowy

Bardzo to przykre… Ja tkwiłam w toksycznej przyjaźni przez którą mam wycięte 3 lata z życiorysu… 🙁

Anonimowy
Gość
Anonimowy

trafiłam na bloga Mai już jakiś czas temu, ale wciąż nęka mnie pytanie: czym różni się rozstanie z toksycznym facetem, a tym nie toksycznym? i jak go rozpoznać, jeśli nie ma w związku przemocy fizycznej, alkoholu itd.? piszę to, bo sama zakończyłam 5letni związek, w którym czułam się nieszczęśliwa i dalej czuje się nieszczęśliwa, bo samotna, choć powoli staje na nogi i widzę, że świat się nie skończył. były kłamstwa, krętactwa, obiecanki-cacanki, czułam, że nic nie budowaliśmy i niszczyliśmy się nawzajem, sama bardzo się zmieniłam, stałam się nerwowa, niezadowolona, zła, a na końcu po prostu zamknęłam się w sobie i… Czytaj więcej »

Maja
Gość

Przed opisywanym przeze mnie związkiem byłam mężatką, ale się rozwiedliśmy. Jednak na całe lata pozostawaliśmy w poprawnych, wręcz przyjacielskich stosunkach. Nam nie wyszło jakoś tak… po ludzku i nie mogę nazwać swojego małżeństwa toksycznym, chociaż kwiatki na łączce to też nie były. My po prostu się nie dobraliśmy pod wieloma względami. Jednak rozstając się z mężem (a był to znacznie dłuższy związek) nie czułam się tak wyniszczona psychicznie jak po związku z tamtym człowiekiem nastawionym na eksploatację drugiej osoby, którego patologia zademonstrowała się nie tylko w stosunku do mnie.Nawet jeśli w Twoim przypadku to był zwyczajnie niedopasowany związek, to ludzie… Czytaj więcej »

Anonimowy
Gość
Anonimowy

Jakbym czytała o sobie… Mnie też intryguje temat toksycznego związku bez widocznych oznak toksykologii. Raczej działa to jak początkowa faza życia z takim przemocowcem. Nie dochodzi do rękoczynów, ale z kolejną kłótnią, po jakimś czasie, cała pewność siebie zanika poprzez terror psychiczny i manipulację. Zaczynasz wierzyć, że to Ty jesteś winna całemu światu…

Monika Irena
Gość

O toksycznym związku wiem wiele. Nie tkwiłam nigdy w takim, ale nadal jestem jego ofiarą. Chodzi o związek moich rodziców. Są razem 33 lata. Przez ten cały czas moja mama była upokarzana, bita, a nawet gwałcona. Na początku nie odeszła od niego, bo była w ciąży, nie miała gdzie się udać. Później "a gdzie ja z dziećmi pójdę?". Nie, przepraszam. Raz uciekła do swojej mamy. Znalazł ją i przyciągnął za włosy do domu. Przez ojca moja mama gaśnie coraz bardziej. I cierpi nie tylko ona. Moi bracia byli bici, ja też byłam. Nadal mam blizny. Od 5 lat mój ojciec… Czytaj więcej »

Maja
Gość

Moniko, wiem, że to Twój ojciec, ale sorry, muszę to powiedzieć – to nieludź. Tacy jak on tratują w swoich bliskich poczucie godności i wszczepiają im czip „nie myśl sobie, że jesteś kimś lepszym i że stać cię będzie na kogoś innego niż (co najwyżej) kopia mnie”. Wtedy ma gwarancję, że tak przenicowane i zaprogramowane dzieci pójdą w świat i wejdą TYLKO w to, na co wydaje im się, zasługują. Bo przecież gdyby czuły się KIMŚ, to wybrałyby na partnerów ludzi wartościowych, udowadniając tym samym, że ojciec to odmieniec. Powinnaś znać ten termin – PROJEKCJA. Tacy jak on wmawiają innym… Czytaj więcej »

Anonimowy
Gość
Anonimowy

połowie już mi się czytać nie chciało.

Anonimowy
Gość
Anonimowy

Byłam w toksycznym związku i udało mi się z niego wyjść. Pamiętam jaki miałam ogromny zamęt w głowie, jak bardzo się wstydziłam powiedzieć o tym. Bałam się szukać pomocy, ciągle myślałam, że uda mi się to wszystko skleić do kupy, że będzie dobrze, że wrócą cudowne chwile.Po kolejnej awanturze jeździłam samochodem po ulicach i płakałam, poczułam, że dalej nie dam rady sama, że mnie to przerasta, że tak naprawdę to ja nie wiem o co w tym wszystkim chodzi. Wtedy, w ten wieczór pierwszy raz zadzwoniłam na niebieską linię. To był pierwszy krok i chyba najważniejszy, potem poszło już szybko,… Czytaj więcej »

Agga
Gość

Gdybym swego czasu nie trafiła na bloga Mai, pewnie nadal tkwiłabym w podobnym koszmarze, dzialającym na podobnych zasadach. Blog był jak przebudzenie. Najpierw przeczytalam wszystko i odrzuciłam, myśląc że mnie i mojego misiaczka to nie dotyczy. Po około roku, wyczerpana jeszcze bardziej fizycznie i psychicznie, ze znerwicowanym dzieckiem (też byłam po rozwodzie,z ułożonym zyciem i dzieckiem w dorobku), na antydepresantach – wróciłam. Czytalam wszystko ponownie, a decyzja o odejściu coraz bardziej krystalizowała się w mojej racjonalnej głowie. To było jak walka o te resztki godności, których psychofag we mnie jeszcze nie zdusił. Czułam się jak bohaterka filmów akcji, cała poobijana… Czytaj więcej »

Anonimowy
Gość
Anonimowy

Ja również ostatkiem sił trafiłam na bloga "Moje dwie głowy", a następnie przez niego na "Uciekamy do przodu". Pamiętam że niektóre artykuły były dla mnie jak kubeł zimnej wody – te wydrukowałam sobie i często czytałam.Od swojego psychofaga odchodziłam niezliczoną ilość razy – może z dziesięć, piętnaście, może więcej – czy jest sens w ogóle to liczyć? Za każdym razem gdy upokorzona, poniżona i zwyzywana uciekałam od niego, myślałam: "nie , to już ostatni raz", by następnie po tygodniu zaczynać wszystko od nowa. On nawet nie musiał zapewniać o miłości czy prosić bym wróciła – robiłam to sama! Już nie… Czytaj więcej »

Maja
Gość

Aniu, skoro odchodziłaś z tego związku tak wiele razy i do niego wracałaś, to może jednak dobrze byłoby skorzystać z terapii. To jak odwyk. W krytycznym momencie warto skorzystać z pomocy fachowca z prawdziwego zdarzenia. Na moim blogu znajdziesz linki do miejsc, które zajmują się tym rodzajem uzależnienia.
I chyba nastąpiło jakieś nieporozumienie – nigdy nie polecałam drugiego bloga, o którym piszesz.

Maja
Gość

Kajka i Agga – to jedne z moich pierwszych i najbardziej "owocnych" Czytelniczek. Szłyśmy łeb w łeb niemal. I proszę, jakie ładne urosłyśmy :)))Jest jeszcze kilka takich fajnych zawodniczek – cała brygada uciekinierek, które uciekły nie tylko z toksyny ale i wyeksportowały się internetowych wyjni do reala i budują normalne życie. Co tu wiele gadać, jestem dumna, że mogłam im towarzyszyć w tym procesie, a z wieloma utrzymuję kontakt i wiem, że historia każdej z nich mogłaby tu zrobić za odrębną motywejszyn strory. To fajne uczucie patrzeć, jak te kiedyś rozdygotane i skołowane dziewczyny, zamieniają się w uśmiechnięte, wyraziste i… Czytaj więcej »

Anonimowy
Gość
Anonimowy

Maju, w ramach odpowiedzi "po co?" dorzucam się do koszyczka przydatnych różności i tylko trochę żal, że psychofagi podszywają się nam pod takie ładne kwiaty, jak narcyzy czy tulipany:)
http://www.e-detektyw.pl/Sezon_na_Tulipany

Kajka
Gość

Anno, z tego co napisałaś wynika, że doświadczenie w podnoszeniu się i upadkach masz, lekko nie jest, to też wiesz (pamiętam jak wbijałam pazury w poduszkę, by nie odpisywać na smsy, serce mało mi nie pękło). Jednak dokonałaś wyboru, odeszłaś, teraz wytrwaj dziewczyno. Przy każdym zwątpieniu pomyśl czemu zdecydowałaś się odejść. Każda z nas zaliczała takie wpadki z powrotami i powiem jedno, każda kolejna wpadka osłabia, co raz trudniej od nowa budować wiarę w siebie. Dlatego tak ważny jest jest "brak kontaktu z psychofagiem" , to ma być czas dla Ciebie, byś przeżyła swój ból, złość, poczucie zwątpienia, potem przyjdzie… Czytaj więcej »