Jak się mieszka w Warszawie i małomiasteczkowe kompleksy [FILM]

Do Warszawy przeprowadziłam się troszkę więcej niż rok temu – w lipcu 2017 roku. Niemal od razu zasypaliście mnie prośbami o to, bym opowiedziała o różnicach.
Jak mogłam to zrobić, zanim zdążyłam poczuć się jak w domu?
WERSJA VIDEO NA SAMYM DOLE
Wcześniej spokojnie mieszkałam sobie w Solcu Kujawskim – to małe miasteczko pomiędzy Bydgoszczą a Toruniem całkiem mi wtedy odpowiadało. Studiowałam na studiach doktoranckich w Bydgoszczy, więc miałam komfortowy dojazd (ok. 30 minut) i mogłam mieszkać pod lasem. Prowadząc dość intensywne życie, ceniłam sobie ciszę i spokój do której mogłam zawsze wrócić.
Nie chcę mówić, że moje miasteczko nie miało wad, bo miało i nadal ma, ale zacznijmy od zalet.
Świetna komunikacja, całkiem czysto, bliskość Wisły, bardzo ładne lasy. Do tego aquapark, park dinozaurów, park linowy i cztery kościoły. Idealne miasteczko dla rodzin z dziećmi.
Ale nie dla mnie.

Gdy zrezygnowałam w połowie ze studiów doktoranckich, poczułam, że wady mieszkania w Solcu przewyższają zalety i przeniosłam się do Warszawy. Zawsze myślałam, że zamieszkam w Toruniu. Potem myślałam o domku, ale z racji zainteresowania wyłącznie alternatywnym budownictwem i ekologicznymi domami, Solec okazał się nieodpowiedni. Plan zagospodarowania przestrzennego uwzględniał raczej klockowate domy o szarej lub beżowej elewacji z rabatką kwiatów w ogródku. 
W tym czasie kilka razy w miesiącu jeździłam do Warszawy i najzwyczajniej w świecie – obliczyłam, że te wędrówki pochłaniają za dużo czasu i pieniędzy i ekonomiczniej będzie się przenieść.
Bałam się, że luźne znajomości się rozpadną i będę troszkę samotna, oraz, że w Warszawie będzie dla mnie zbyt drogo.
Obie obawy okazały się nieuzasadnione. 
Może i rynek nieruchomości jest mocno napompowany a koszty wynajmu lekko irracjonalne, ale ceny w Biedronkach są wszędzie takie same :). Również ceny warzyw czy owoców nie odbiegają od soleckich. Mam większy wybór i większą dostępność wszystkiego, nawet tajskiej bazylii.
Przeprowadzając się do Warszawy obiecałam sobie, że będę korzystać z oferty miasta tak, by skonsumować jego potencjał. Latem często odwiedzam kino plenerowe, chodzę na więcej wydarzeń, otwieram się na zupełnie nowe. Częściej bywam w galeriach sztuki, czwartkach social media i tak dalej. Również łatwiej jest mi się zdecydować na tanie loty, bo wskoczyć rano w samolot jest łatwiej, niż tracić dodatkowy dzień podróży na dojazd, nie mówiąc o pieniądzach, które czasami przekraczały wartość biletu lotniczego.

Wiele osób oczekuje ode mnie jakiegoś kompleksu z powodu pochodzenia. To dla mnie irracjonalna idea, by wstydzić się miejsca, w którym się urodziło czy wychowało. Nie mamy na to wpływu a Solec to nie Sosnowiec (dla nowych tutaj – z tym Sosnowcem to żart, mam dziwne poczucie humoru).
Jakiś czas temu czytałam książkę Zaduch. Reportaże o obcości. Opowiadała o trzydziestolatkach, którzy mieszkają w Warszawie a z Warszawy nie są i ich wewnętrznych problemach z tym związanych. Otwierałam szeroko oczy ze zdziwienia. Ja nie czuję żadnych kompleksów a gdy ktoś próbuje mi dopiec że pochodzę z Solca, budzi raczej moje politowanie.
Można być dumnym z tego, że jest się wzorowym mieszkańcem. Chodzi się na wybory, segreguje odpady, rzuca sugestie w ramach budżety partycypacyjnego, czy płaci podatki w mieście, w którym mieszka, ale z pochodzenia?
Spoko jest być dumnym z rzeczy, na które mamy wpływ i są naszą zasługą. 
Wiele osób nie mówi z jakiej jest miejscowości, tylko że mieszka “pod Warszawą”, czy innym miastem. Fajnie jeśli to ma za zadanie pokazać miejsce na mapie, ale jeśli to forma bycia zakompleksionym – nie rozumiem.
Warszawa oferuje dużo więcej. Obecnie mieszkam na Żoliborzu, gdy idę z laptopem do kawiarni, spotykam ludzi pracujących podobnie jak ja. Łatwiej jest wymieniać się doświadczeniami i więcej się uczyć.
Gdy mieszkałam w Solcu, chciałam się kiedyś zapisać na pole dance – godziny treningów i dojazd z miasteczka, do którego ostatni bus wraca o 22:30 były nie do pogodzenia. Tutaj mam mnóstwo szkół wszystkiego i świetną komunikację.
Bydgoszcz i Toruń do tej pory nie mają nawet ubera.
W małym miasteczku wszyscy się znają przynamniej z widzenia. Każdy wie kto jest szewcem, taksówkarzem i kto nie chodzi do kościoła. Tutaj jest większa anonimowość, co ma plusy, ale też minusy. W małym miasteczku masz wrażenie, jakbyś niemal rodził się z wiedzą o tym, gdzie urzęduje szewc czy gdzie kupisz pułapkę na muszki owocówki. W Warszawie o wszystko pytam wujka google lub na grupach, a ludzie są mniej niezastąpieni.
Ludzie…
Istnieje jakiś dziwny pogląd, że Warszaffffka ą-ę, ale przecież każdy sam wybiera sobie znajomych. Ludzie są jak wszędzie, jeśli ktoś zepsuł się po wyjeździe do stolicy, to raczej nie z powodu miasta. Czasami anonimowość kusi ludzi i zaczynają na nowo z zupełnie inną tożsamością, bo nikt ich nie zna. Ja się Solca nie wstydzę i lubię wpadać tam na weekend. Jest pięknie, zielono, spokojnie.
Jedynie właśnie ta anonimowość – ludzie w Warszawie częściej zmieniają pracę, co chwilę wymieniają się twarze. Mniej jest okazji do takich… zwyczajnych pogawędek z panią, od której od lat kupujesz pomidory. Wsiadając do autobusów mówiłam kierowcom dzień dobry! 😀  Już się tego oduczyłam, że człowiek z małego miasteczka wyjdzie, ale ono z niego nigdy.
Żyje mi się tutaj dobrze, ale nie wiem czy to miasto na zawsze. Czas pokaże. 
Jeśli chodzi o wady mojego miasteczka… 16 tysięcy ludzi, cztery kościoły a żadnego sensownego miejsca dla młodzieży. Szkoda!



Bądź na bieżąco! 
  INSTAGRAM ❤ FACEBOOK 
❤ FACEBOOK MONIKI 

Niektóre teksty widzą tylko subskrybenci (nie lądują na “głównej”) –

 jeśli chcesz być na bieżąco, zostań obserwatorem w google lub na bloglovin 🙂 A jeśli dany tekst Ci pomógł, sprawisz mi przyjemność, jeśli klikniesz +1 w g+ pod tekstem 🙂

Follow on Bloglovin

Komentując oświadczasz, że znasz regulamin

XOXO

Podziel się

Co myślisz?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

No Comments Yet.