Tydzień w papierach, szok u dentysty i dzieła sztuki bez glutenu [tygodnik]

Mam za sobą ciężki, wyczerpujący tydzień. Gdy decydowałam się na życie freelancera nie sądziłam, że będę pracować tak dużo!

Zarzucę dzisiaj masą interesujących linków!
Prawdę mówiąc – jestem typem osoby, która odkłada rzeczy na ostatnią chwilę. Ale nie jakoś specjalnie czy złośliwie (wyjątkiem są teksty, które lepiej pisze mi się pod presją czasu). Po prostu – nie wyrabiam. Ostatnio zdecydowałam, że pracę zaliczeniową (próba rekonstrukcji wybranej teorii…) napiszę wcześniej. Miałam na piątek, wcześniej wyszukałam sobie literaturę, zdecydowałam – siadam do tego w poniedziałek.
Zawzięłam się, spędziłam cały dzień – napisałam. Zadowolona z siebie, że mam to za sobą… dowiedziałam się, że zajęcia są przełożone na kolejny tydzień. Zazwyczaj mam czas na odczytanie maili wtedy, gdy jest już za późno na odpowiedź, bo decyzja zapadła. Trochę ironiczne, bo środowiskiem mojej pracy jest w dużej mierze sieć 😉 
Prawdę mówiąc – dosłownie tonęłam w papierach. Koniec roku, wszystkie firmy z którymi pracowałam przy różnych projektach, uzupełniają teraz papiery. To, co dało się wcześniej ogarnąć na zasadzie – wydrukuj i odeślij skan, dzisiaj wiąże się z koniecznością uzupełnia podpisów i wysyłania dokumentów “papierowych”.
Z każdym kolejnym papierkiem do wypełnienia myślę tylko tak:
Już przestałam się denerwować, wypełniam, drukuję, ogarniam korespondencję. Jedyna rzecz której nie odkładam na później, to podatki. Nie jest to przyjemne, więc lepiej mieć szybko z głowy :)). Tak bardzo bym chciała, by były jakoś sensownie wydawane…
Żeby było zabawniej – nie myśląc, tylko działając totalnie spontanicznie, zgodziłam się na bardzo krótki i pewnie intensywny wypad do Londynu, oraz bycie prelegentem na jednym wydarzeniu. Do tego kończę swój semestr na studiach, kończą się też zajęcia które prowadzę (wpisy, zaliczenia…), ogarniam dwa duże projekty, pracuję, a nawet znalazłam czas na dentystę.
Czasem patrzę w swój kalendarz i zastanawiam się, jakim cudem zrobiłam tyle rzeczy i nie padłam na twarz. A potem myślę sobie, że to kwestia lubienia tego co się robi i trochę takie jechanie na flow. To jak z chodzeniem na obcasach. Śmigam w nich cały dzień i nawet się nad tym nie zastanawiam. Ktoś pyta “jak ty możesz tak cały dzień, nie bolą cię nogi?” a ja odpowiadam, że nie, bo w istocie – nie czuję dyskomfortu. A potem wracam do domu, zdejmuję buty i dopiero w tym momencie czuję zmęczenie. Po wszystkim.
Buty: (klik)
Wzięłam sobie jednak mocno do serca istnienia zjawiska o nazwie Karōshi – śmierć z przepracowania to dość ponura wizja i nie chcę jej wcielać w życie u siebie. Ze stresem problemów nie mam, ale już drugi raz wpadłam sama w swoje sidła i zapaliła mi się mała czerwona lampeczka by coś z tym zrobić :).
Na blogu ukazały się teksty:
Dwa z nich nie pojawiły się na “głównej” na górze, więc mogliście je przegapić 🙂
Jest jeszcze jeden idiotyczny fakt z mojego życia – zapisuję w kalendarzu takie rzeczy, które potrafią błyskawicznie umknąć. Np. po zakupie nowej szczoteczki do zębów, wrzucam w kalendarz zapis “szczoteczka!” w niedalekiej przyszłości, by nie przegiąć z terminem wymiany. Gdy kupiłam sobie kiedyś fotel biurowy, wpisywałam w kalendarz terminy “konserwacji” czyli przetarcia go specjalnym płynem. Nad styczniem wisiała sobie kategoria “dentysta”. Staram się chodzić na kontrole tam gdzie trzeba, bo łatwo w codzienności po prostu zapomnieć o wizytach u okulisty czy pobraniu krwi, szczególnie gdy nic nie boli a nikt nie ściga z żadnym papierkiem.
I chociaż totalnie nic mnie nie bolało a przeglądy robię regularnie, w jednym z zębów miałam sporą dziurę. Zaskoczyła samą dentystkę, ale cóż – bywa. Problem rozwiązany błyskawicznie, ale namawiam wszystkich zwlekających ze sprawami które nie naglą, by wysłali czasem samych siebie na przegląd, tak jak robi się to z samochodami :).
(Wszystkie zdjęcia z tego tekstu, tam też linki do ubrań (klik))
W kwestii stylu – nie nauczyłam się nic nowego. Mam ciągle zblazowany wyraz twarzy, bo  zrobiła mi się paskudna afta. Znak, że z moją odpornością znowu coś nie halo i wypada zwolnić!
Ach, i jeszcze jedna wkurzająca rzecz. Bliska mi osoba chciała mieć kontynuację ubezpieczenia w PZU – przestała pracować w jednym miejscu, ale chciała normalnie płacić dalej składki, tyle że indywidualnie. Wzięłam wszystkie papiery – mówię ok, załatwię, przecież to drobiazg. Jestem totalnie przyzwyczajona, że to firmy dbają o klientów i o nich zabiegają, tym bardziej gdy to klient chce płacić :D. Tymczasem oddział PZU w Bydgoszczy na Grodzkiej to jakiś totalny koszmar! Stanęłam pokornie w kolejce, która nie posuwała się zbyt szybko. W kolejce mnóstwo starszych ludzi, ale nie takich co to chodzą do lekarza dla rozrywki – ludzi zmęczonych tym staniem i chcących pozałatwiać swoje sprawy. Było mi ich autentycznie żal – pani przede mną (która szczęśliwie usiadła na jednym z nielicznych miejsc) czekała trzy godziny i było jej słabo. Irytujące jest to, że na 5 stanowisk które widziałam, w szczytowym momencie działały trzy. Mówi się, że w Polsce nie ma pracy. Bzdura – pracy jest bardzo dużo, tylko często jedna osoba wykonuje zadania za dwie… 
Oczywiście pani z PZU nie udzieliła mi żadnej konkretnej informacji, tylko jakieś pieprzenie,że trzeba osobiście. Spoko, gdybym chciała wyciągnąć od nich kasę, to ogarniam, ale ja chciałam po prostu zapłacić.
Mega nieładnie, że PZU tak traktuje ludzi. Nie chciałabym, żeby moja babcia musiała stać 3 godziny w kolejce w dusznym pomieszczeniu. Mam nadzieję, że to tylko kwestia tego, że Bydgoszcz to stan umysłu i w innych miejscach tak nie jest…
Przedzwoniłam rzecz jasna do innych ubiezpieczycieli i wszyscy załatwią wszystko od ręki, a jak się nie ma czasu to kurier podjedzie z dokumentami i zero problemu. Czasem człowiek myśli że kontynuacja to lepsza opcja niż ubezpieczanie się od nowa, ale widząc jakość obsługi klienta nie mam ochoty nigdy więcej tam wracać.  Swoją drogą – polecacie jakieś konkretne ubezpieczenia na życie? Chodzi o osobę, która po prostu lubi mieć to iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa, nie ma 70 lat, nie choruje i nie zajdzie w ciążę 😀 
Kto lubi takie typowo domowe połączenia, typu marchewka z groszkiem, ziemniaki z koperkiem? 😀 
Linki z sieci:
  • Jak zaplanować urlop w 2016, by mieć długie wolne. Porady z cyklu kiedy 4 dni dadzą ci osiem (klik)
  • Gluten-free musem (klik), czyli jak wyglądają dzieła sztuki po usunięciu z nich glutenu 😀 
  • Nauczyciel filozofii Harrisona Forda (klik) – kiedyś uwielbiałam Forda, świetny aktor, przystojny mężczyzna. Chciałabym być takim nauczycielem jak ten, którego tak ładnie uhonorował 🙂 Fajna ciekawostka!
  • Mortycja zebrała 10 pomysłów na kaszę jaglaną (klik)
  • Podoba mi sie przekaz:
  • Jeśli ktoś chce się dowiedzieć czegoś więcej o raku, to 12.01 (oj, to dzisiaj) w Bydgoszczy o 18stej jest spotkanie z innej perspektywy (klik). Poleciła Hania, ja Hani ufam. Czasem warto dać szanse innym ideom i czegoś wysłuchać – np. ja bardzo przekonałam się do wielu założeń pedagogiki Montessori, mimo że opiera się mocno katolickich fundamentach, które nie są mi bliskie:)
  • Buty które są brzydkie a w taki inny sposób (klik) – tak sobie wyobrażam buty wrednego elfa z tanich filmów familijnych 😀
  • Macie tak, że czasami możecie podpisać się pod czyimiś myślami? Ja mam tak często z Agatą (klik)
  • Marta dała mi kopniaka by zacząć teraz (klik)
  • Sporo osób w tekście o kompleksach narzekało, na swój niski wzrost. Wiecie że dopiero zorientowałam się, że aktorka o której wspomniałam też jest niziutka? Przy okazji polecam fajny blog ExtraSmall (klik). Może kogoś zainspiruje?
  • Kolejny blog, który polubiłam (klik)
  • i na koniec Iza z tekstem o nauce w liceum zaocznym (klik) – ja również chciałam w liceum zrezygnować i pójść do zaocznego – robiłam wtedy już sporo swoich rzeczy i zwyczajnie frustrowało mnie marnowanie czasu. Gdy zmienili nauczycielkę od języka polskiego, jedyne co mnie zatrzymało to wymagająca nauczycielka od matmy, z której jednak chciałam zdać maturę. Zdecydowałam się więc na plan minimum – spóźniam się na lekcje, odpowiadam na dwa pytania na sprawdzianie (wedle zasady “byle dostać dwa”) i wyciągam jakąś książkę do poczytania albo coś sobie piszę. Na palcach mogę policzyć ile razy odrobiłam zadanie domowe (poza matmą i chemią), bo zwyczajnie – czasami bardziej opłacało się dostać jedynkę niż siedzieć dwie godziny nad robieniem durnego, niepotrzebnego nikomu plakatu. Ale równocześnie rozwijałam się na dziennikarstwie, pisałam własnego bloga, zdobywałam doświadczenie w branży, która dawała mi satysfakcję

Bądź na bieżąco! 
  INSTAGRAM ❤ FACEBOOK 
❤ FACEBOOK MONIKI 

Niektóre teksty widzą tylko subskrybenci (nie lądują na “głównej”) –

 jeśli chcesz być na bieżąco, zostań obserwatorem w google lub na bloglovin 🙂 A jeśli dany tekst Ci pomógł, sprawisz mi przyjemność, jeśli klikniesz +1 w g+ pod tekstem 🙂

Follow on Bloglovin

Komentując oświadczasz, że znasz regulamin

Uściski, Ania
Previous
Fryzury ślubne i studniówkowe na bogato
Tydzień w papierach, szok u dentysty i dzieła sztuki bez glutenu [tygodnik]