KAMBODŻA : Angkor Wat, jak smakuje wąż i pająk i ile razy nas chciano oszukać

Jestem już od tygodnia w Polsce a wciąż nie mogę się zabrać do spisania swoich myśli odnośnie azjatyckiej przygody. Dzisiaj umówiłam się z Olą, że opublikujemy swoje relacje z Kambodży tego samego dnia i zobaczycie ten kraj na dwa sposoby :). Gotowi?
Po wpisaniu w grafikę Google “Kambodża”, “Cambodia” lub “Angkor Wat” można zobaczyć bajkowe wręcz widoki. Pomyśleliśmy więc by w jednej podróży ogarnąć Bangkok i zobaczyć Angkor Wat, które jest oficjalnym cudem świata. Czy rzeczywiście uważam je za cudowne? Oj zdecydowanie! Jednak zupełnie nie tak jak chcieliby tego Kambodżanie!
W tej relacji będzie sporo osobistych dygresji i uprzedzam że ktoś może poczuć się urażony, ale mam to tam gdzie zagląda kolonoskopia.
Noc przed spędziliśmy w przydworcowym hotelu koło stacji Hualampong, gdzieś na obrzeżach China Town. Samo China Town w Bangkoku robi wieczorem ponure wrażenie. Żałowałam każdej sekundy w odkrytych butach już od momentu gdy zobaczyłam pierwszego wielkiego szczura a po mojej stopie omal nie przebiegł spory karaluch. Potem starałam się nie spoglądać w dół. Po czystej i uśmiechniętej wyspie Phuket, Bangkok tej pierwszej nocy zrobił na mnie ponure wrażenie. Bezdomni dzielący skrawki murków ze szczurami i smród (wieczorem dezynfekują ulice wrzątkiem i to nie jest żart!) sprawiły że spałam z włączonym światłem całą noc i obiecałam sobie NIGDY w życiu nie narzekać na brak perspektyw w Polsce, bo to jest żałosne i śmieszne. Ilekroć zacznę biadolić, zobaczę przed oczami bezdomnego z China Town. Ale Bangkok pełen kontrastów to temat na inną historię. Skupmy się na Kambodży!
Bilet można kupić na dworcu tylko w dniu odjazdu pociągu. Po nocnym jedzonku chcieliśmy załatwić to przed snem i pospać 30 minut dłużej. Nic z tego, kasy były czynne do 22:00 😀 Niepocieszeni wróciliśmy do hotelu.
Pociąg odjeżdża o 5:55, Łukasz wcześniej wyskoczył z hotelu by kupić bilety, my wymeldowałyśmy się chwilkę później. Niespodzianka – bilet na pociąg kosztuje 49 THB (dalej będę pisała : batów) czyli jakieś 5 zł. Pociąg jedzie siedem godzin aż do granicy z Kambodżą!
W tym miejscu muszę zaznaczyć, że mogę się gdzieś walnąć z cenami i odeślę Was na końcu do Oli, zatem nie bierzcie tego za 100% pewnik, tolernacja 15% 😀
 
 To specyficzny dworzec a sama jazda pociągiem to niezwykła przygoda – mieliśmy super-farta i wpadliśmy to wagonu numer dwa (numeracja była pewnie inna, ale może komuś przyda się ten tip) tuż za wagonem dla seniorów i mnichów. Widoki zza okna są fascynujące, ale po czasie trochę się nudzą. Jeśli jedziecie większą grupą, polecam spać na zmianę. Konduktor co prawda za każdym razem klepie i mówi “no sleeping, no sleeping”, ale kto by się tam przejmował.
Mała uwaga – nie ważne jakiej jesteś płci, jak będziesz spać dupą do korytarza to ktoś kto będzie chciał się dosiąść obudzi cię głaszcząc po tyłku.
Przez całą podróż po pociągu przewijają się sprzedawcy, głównie starsze panie oferujące jedzonko za kilka groszy. U nas padło na owoce, strzelam że to co widzicie na zdjęciu to jackfruit, w Polsce można kupić chipsy z tego owocu!
Tu mała dygresja – kiedy to tylko możliwe, polecam wybierać lokalne formy transportu by lepiej poznać kulturę.
W końcu nasz pociąg doczłapał się do granicy z Kambodżą. Po stronie tajskiej stał przemiły pan w mundurze i witał wszystkich uściskiem dłoni oraz krótką pogawędką. Przeuroczo! Złapaliśmy tuk-tuka pod samą granicę i się zaczęło 😀
 Po stronie tajskiej taka kolejka!
 Formalności wizowe  trwały krótko, za to po przejściu zrobiło się ciekawie…
Może jakieś jedzonko?
Wiza turystyczna dla jednej osoby to 30$ i…100 batów oficjalnej łapówki, dopisanej jako “opłata” na kartce zwykłym markerem. Warto też mieć zdjęcia paszportowe bo bez nich też się dostaje wizę, ale trzeba dać więcej w łapę. To pierwszy negatywny akcent podróży, taki detal który wkurzył. A dalej… dalej była toaleta. Płatna. Na granicy. Pokazałam ją na snapie. Zapchana toaleta (!) z nieodmykającymi się drzwiami. Młodszy odpowiednik babci klozetowej chodzi i pilnuje. Czego? Nie mam pojęcia, ale ta kobieta napełniała butelki w sąsiedniej kabinie i stawiła je koło misek będących prowizorycznym zlewem. Nie jestem francuskim pieskiem ale nigdy w życiu nie czułam się tak upokorzona, sikając przy otwartych drzwiach i modląc się by niczego nie dotknąć. Gdyby coś mi spadło, nie podniosłabym tego, słowo. Jakoś nigdy nie zauważyłam bym miała jako kobieta gorzej/trudniej w czymkolwiek, ale po raz pierwszy w życiu chciałam mieć penisa.
Kawałek dalej Kambodża przywitała nas wonią zepsutej ryby, chociaż nikt rybami nie handlował. Wolę mieć jednak dobrej zdanie o tamtejszych kobietach, więc chcę myśleć że to była ryba.  Z Poipet łapiemy więc taksówkę do Siem Reap. Tak, jedziemy trzy godziny taksówką, bo nikt nie wpadł na biznes z przygraniczymi busami. Not so smart…
 Po drodze mijamy mnóstwo sklepów w których sprzedają to samo, np. podstawowe jedzenie oraz butelki z paliwem. Jakoś nikt nie wpadł na to, by czymś wyróżnić się na rynku, ale znając historię Kambodży, nie mam tego za złe nikomu.
Udało nam się dotrzeć do hotelu o nazwie 20thstreet, od ulicy przy której się znajduje. Oczywiście taksówkarz miał problem by do niego trafić, mimo mapy pokazanej mu na telefonie. Not so smart…
A jeszcze jedno, o czym zapomniałam napisać. Przy granicy obskoczyły nas półnagie dzieci wyciągające rączki po dolara. Brudne dzieci o smutnych minkach. Chciałam bardzo, bardzo mocno zaznaczyć, że nie wolno tym dzieciom dawać dolarów! One nie trafią do nich, przechwycą je dorośli a te małe kambodżańskie istotki nie pójdą do szkoły, bo bardziej będzie się opłacać posyłać je na żebry. To jest ten trudny moment kiedy czujesz niemoc i chcesz dać dolara, bo to pierwsze co przychodzi do głowy, ale nie możesz tego zrobić bo w ten sposób decydujesz o tym, by maluch nie miał szans na edukację.
Daliśmy owoce.
Nasz hotel mieścił się przy 20 ulicy, lokalizacja była bardzo dobra, wszystko jak najbardziej okej. Jednak na końcu trochę nas oszukano, więc polecić ze szczerym sumieniem nie mogę. Plusem była cena – 25$ za trzy osoby ze śniadaniami, w hotelu basen, obsługa znająca angielski w stopniu komunikatywnym.
Dobra wieść jest taka, że do Kambodży dotarło Airbnb i ceny są całkiem uczciwe:
Np. pokój przy ulicy 22 (jeszcze lepsza lokalizacja) za 94 zł doba.
Moja zniżka 85 zł na pierwszą rezerwację wciąż działa, więc gorąco polecam kliknąć w napis “chcę zniżkę” i zarejestrować się na Airbnb jeszcze dzisiaj. Promocja kiedyś pewnie zniknie więc warto mieć rabacik w zanadrzu.
Swoją drogą – znalazłam ostatnio podobną apkę, tym razem z hotelami –
nazywa się HotelTonight, u daje 75 zł na pierwszą rezerwację – kod na 75 zł rabatu to ANKSKA – widziałam że w tej apce jest mój ulubiony Sound Garden :).
Wracając do Kambodży – idziemy coś zjeść. Ale najpierw siku w cywilizowanych warunkach. Nigdy w życiu nie cieszyłam się tak na widok muszli klozetowej!
BHP level Kambodża.
 Ja wzięłam sajgonki z całkiem dobrym sosem. Jedzenie było smaczne, płaci się w $, resztę wydają w miejscowej walucie. Nie próbuj się doliczyć, to nie ma sensu. Na początku chciałam podchodzić do tego na zasadzie – są biedni, to edukacja dla ich dzieci, nie ma sensu się kłócić. Dzisiaj mam do tego inne podejście. Zastanawiałam się jak to możliwe, że Kambodża ma piękne plaże, cud świata, rubiny (!) a ludzie klepią biedę. W sąsiedniej Tajlandii jest zupełnie inaczej, tam król chciał by każdy robił co chce, więc masz całą masę wesołych Tajów, a to ktoś sprzedaje tylko zupę, a to tylko naleśniki, ale na życie zarabiają.
Kambodża jest dla mnie jaskrawym przykładem na to do czego prowadzi totalitarna lewica.  Zawsze skończą się cudze pieniądze, a własnych zarabiać nie potrafią, bo przecież źródłem pieniędzy są podatki nakładane na pracowitych.
Wiecie co się stało w Kambodży?
Pisałam na fejsie:
Pieprzony Pol Pot. Nie pracował, wyjechał się uczyć do Francji. Tam zaraził się  ideologią i został najbardziej gorliwym lewakiem z lewaków. Wpadł na genialny pomysł by zrewolucjonizować Kambodżę i w tym celu zamknął szkoły, szpitale, wyrżnął inteligencję i myślał że się będzie kręcić. Poczytajcie o tym. Koniec lat 70tych. Pola śmierci. Straszna rzecz.
W tym miejscu chcę zaznaczyć, że sama miałam kiedyś lewicowe poglądy. Nie miały szans w starciu z literaturą, więc poczytałam książki obu stron i cieszę się że wyrosłam z te choroby wieku dziecięcego. Przeraża mnie partia “Razem”, która próbuje delegalizować prawicę – to zupełnie jak Pol Pot – masz wolność słowa, ale tylko wtedy gdy mówisz o tym o czym chcemy słyszeć. Błagam, nie idźcie tą drogą!
Po jedzeniu wróciliśmy do hotelu.  Prysznic i spać? E tam, kto by marnował czas. Po prysznicu ruszamy na miasto. Zrobione pod turystów. Niby jest ładnie, ale widzisz gdzieś na ulicy dziecko myte w misce. Albo ot tak, dzieciaki biegające sobie po 22 samopas, trzylatki na ulicy, same, bez nikogo. Witaj w Kambodży!
 Ja, biała, uprzywilejowana Europejka. Jestem szczęściarą i coraz bardziej przykładam się do ćwiczenia wdzięczności. Bo mam wielkie szczęście, że urodziłam się w Polsce.
Chcemy coś zjeść, więc wpadamy do knajpki. Cała ulica jedzenia, a nie ma nic czym można by się najeść. Knajpa obok oferuje burgery i pizzę z mięsem krokodyla. Dobry bajer dla turystów, krokodyla pokazać nie chcą. Zawracamy. Szukając czegoś konkretnego lądujemy… na drinku.
Cena? Mniej niż 2$. Kambodża ma tańszy alkohol niż sąsiednia Tajlandia, stąd masa tu narąbanych w trzy dupy Anglików.
Idąc wśród straganów zobaczyłam stoisko z pająkami sprzedawanymi przez znudzonego pana. Zdjęcie z pająkiem 50 centów, pająk do zjedzenia – 1$. Bierę!
Zabrałam się za to z pewną dozą nieśmiałości, w końcu zawsze przeszywa mnie dreszcz na widok włochatego stwora. Niestety nie zapisało mi się mystory ze snapa, bo wrzuciłabym filmik.
Podobno wszyscy mówią, że coś niedobrego smakuje jak kurczak.
Pająk smakuje jak…włochaty kurczak. Jak zjarana, włochata skórka kurczaka. Nic ciekawego, nic specjalnego. Zemsta nie miała słodkiego smaku. Przez kolejne 24 godziny znajduję między zębami włosy, chociaż wyszorowałam je super dokładnie. Mimowolnie przelatują mi przed oczyma wszystkie arabskie penisy które dostałam w wiadomościach prywatnych na instagramie, jako zachętę. Nie wiem co oni sobie myślą, bo efekt jest dokładnie odwrotny, ale mam ten obraz wbrew swojej woli z każdym obleśnym czarnym włosem znalezionym gdzieś między szóstką a siódemką.
Pająk po wstępnym odgryzieniu “końcówek” 😀
To jak, może teraz węża? A co tam! Cena ta sama!
Tym razem cieszę się, że film się nie zachował, bo nagrało się na nim “kurwa, jakie to twarde!” Podobnie – nic specjalnego, ususzony na wiór, twardy, ale co nowe doświadczenie za mną, tego nikt mi nie odbierze.

Ola z większą gracją 🙂

To co widzicie, to i tak bogata i piękna część. Ci ludzie żyją z turystów.

Po wężu i pająku trzeba było skoczyć na drinka.

 Wciąż byliśmy głodni – padło na naleśnika i kebaba. Nikt nie wpadł na pomysł sprzedawania tradcyjnego kambodżańnskiego jedzenia. Nikt nie wpadł na pomysł wymyślenia nowej tradycji, jakiejś kombinacji przypraw smaków. Napisałabym not so smart, ale w końcu Pol Pot zabił całą inteligencję, więc nie można się wiele spodziewać. Chce mi się płakać, piję tego drinka w knajpie z dumnym szyldem “Khmer”. Ilu nadgorliwych czerwonych Khmerów było przodownikami w zabijaniu ludzi? 25% populacji kraju, kilka milionów zabitych… chce mi się wyć. Ale nie mogę, chcę zostawić tu pieniądze. Nikt nie daje mi na to szansy, żadnych t-shirtów z napisem Angkor, Cambodia, nic. Not soł kurwa smart.
Umawiamy się z tuk-tukowcem na to trip po Angkor Wat na wschód słońca. Czeka pod hotelem i od razu się z nas nabija. Cóż, kolejni frajerzy którzy przepłacą za jazdę do świątyń! Kupujemy bilety (20$), są ze zdjęciami i jedziemy dalej. Na wejściu sprawdzają nam stroje i wszystko jest okej. Wchodzimy.
Samo Angkor Wat jest piękne, ale też bez jakiegoś wielkiego szału. To trochę jak z Januszami od “taaaaaaaaakiego karpia złapałem”. Legenda przewyższa rzeczywistość. Faktem jest też jednak to, że nas tuk-towiec trochę oszukał i przyfrajerzyliśmy widząc mniej niż powinniśmy. Szczerze? Nie żałuję, jak dla mnie to wielkie grzyby z kamienia. Ładne, ale to wciąż kamienne grzyby. Czy zobaczę pięć czy pięćset, wciąż będą grzybami. Cudem na pewno jest to, że daaaaaawno temu je wzniesiono a cała Kambodża z tego żyje do dzisiaj.
Przeżyliśmy też przygodę. Nasze stroje na wejściu zweryfikowane, ale nagle w środku okazały się za mało zasłonięte. Nadgorliwa Kambodżanka w golfie i koszuli oraz jej równie nadgorliwy kolega upatrzyli sobie akurat nas (celowali raczej w europejskich turystów) i nie chcieli nam pozwolić wejść argumentując:
THIS IS NOT A RIJEL TISZERT. DONT TRAJ DIS!
Obok normalnie wchodziły laski z pępkiem na wierzchu, faceci w krótkich spodenkach ale akurat padło na nas. U Oli nie taka była spódnica, u mnie “not a rijel tiszert”.  Do tej pory nie wiem co za różnica czy założę  szal na ramiona czy…
no właśnie, pożyczyłam od miłej Niemki narzutkę. I przeszło. A Ola założyła spodnie. Jak… wbijecie potem do Niej na bloga, zabawna historia, nadgorliwi służbiści omal się nie zakrztusili i byli w szoku 😀 Dla tej miny warto było zapłacić po 20$ od łebka!
To co mam na sobie to przecież też nie jest “rijel tiszert”. Cała procedura nie miała logiki, chciano jedynie sprawić by wypożyczyć za pieniądze zapocone szmaty. Wiele razy zwiedzałam świątynie w Tajlandii i za każdym razem dawali wyprane stroje za free na czas zwiedzania.
W Kambodży chcą cię skroić na każdym kroku.
Miałam ochotę odpowiedzieć temu człowiekowi coś złośliwie, ale ugryzłam się w język. Gdybyście widzieli jego minę gdy Łukasz zdjął spodnie… ale o tym na pewno u Oli 😀
Zostawiam Was z widoczkami:
Wróciliśmy tuk-tukiem do hotelu i tak mieliśmy dość Kambodżańskiej mentalności, że szukaliśmy busa do Bangkoku. Jeszcze teraz, jeszcze dzisiaj. Udało się!
Wskoczyliśmy do busa za 20$. W busie zrzedły nam miny bo kobieta z Portugalii za to samo załpaciła chyba 11. Na szczęście Szwed 25. Zatem płacisz proporcjonalnie do wyglądu frajera. Byliśmy umiarkowanymi.
Na granicy wysiadka z busa! Wlepiają nam czerwone naklejki frajera i twierdzą że granica pieszo a po tajskiej stronie będzie kolejny bus. Jakie było zdziwienie gdy rzeczywiście czekał!
Podjechał, maleńki busik w którym spędziliśmy – człowiek na człowieku, pięć godzin.  My, Austalijczyk, Hiszpan, Portugalczyk, Amerykanin, Szwed… więcej nas było i się zamotałam, ale dowiedziałam się że w niektórych knajpach myją talerze w … muszli klozetowej. Odbiło mi się chorizo którym częstował Hiszpan, oj odbiło… 😀

Nasz bus 😀
A to ja, szczęśliwa, zmęczona w Bangkoku z pad thaiem i naklejką frajera.

Przeczytajcie relację też u Oli!
Będą inne zdjęcia i pewnie ciut inne spojrzenie na wszystko :).

> RELACJA OLI <

psst! Kambodża nauczyła mnie doceniania tego co mam, ale też że nie zawsze mogę pomóc osobiście. Nie znam fundacji działającej w Kambodży, ale zachęcam do przesłania równowartości kawy lub paczki papiersów na UNICEF (baner niżej)
Bądź na bieżąco! 

Niektóre teksty widzą tylko subskrybenci (nie lądują na “głównej”) –

 jeśli chcesz być na bieżąco, zostań obserwatorem w google lub na bloglovin 🙂 A jeśli dany tekst Ci pomógł, sprawisz mi przyjemność, jeśli klikniesz +1 w g+ pod tekstem 🙂

Follow on Bloglovin

Komentując oświadczasz, że znasz regulamin

Uściski, Ania

Podziel się

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o