Instagram has returned invalid data.

Życie jest jak ostatni listek papieru toaletowego

Opowiem historię, a nawet kilka. A ponieważ lubuję się w brzydkich i obrazowych metaforach, to przytoczę zasłyszaną. Mój znajomy twierdzi, że duża część młodych biznesów pada, bo przedsiębiorcę rozleniwiają dotacje, za które kupuje pierdoły – biurko, drukarkę, regał, szafkę i inne, które nie przyniosą mu zwrotu i nie są kluczowe dla działalności. Jego zdaniem to całkiem zabija inteligencję finansową i jest analogiczne do sytuacji z papierem toaletowym.

Chyba wszyscy to znamy – pierwsza połowa rolki znika błyskawicznie, bo korzystamy z niej hojnie i rozrzutnie. A gdy na rolce zostają trzy listki – potrafimy się spiąć i wykorzystać je w 100%. Mój znajomy uważa, że kwintesencją dobrego biznesu jest maksymalne wykorzystywanie posiadanych zasobów. Myślę, że ma wiele racji, ale na pewno nie jest to jedyna przyczyna młodych upadających firm – jestem pewna, że cała masa Polaków szczerze ma dość bycia traktowanym jak potencjalny złodziej, nadmiaru kontroli np. średnicy kosza na śmieci w knajpie (true story, mandat od sanpepidu, bo zabrakło dwóch centymetrów) i bardzo wysokiego haraczu dla państwa, gdy w zamian nie otrzymuje się nic.

Niemniej jednak – widzę w tym rozumowaniu pewien sens.
Ola marzyła o maszynie do szycia. W mieszkaniu miała co prawdą taką starą, na pedały (po babci), ale stała złożona i służyła za stolik. “Jak będę w końcu miała porządną maszynę, to będę szyła  sobie sukienki na lato i poszewki i wszystko-wszystko”. Jej mąż nie wyłapał aluzji ani na gwiazdkę, ani na jej urodziny. Więc wstała wcześnie rano i stoczyła lidlową bitwę o wymarzony przedmiot.  A wiecie jak to jest z kolejkami pod lidlem, gdy rzucają czasem jakiś sprzęt. Mnóstwo emerytek odrzuca kule i odkrywa, że może chodzić a nawet podbiegać i w razie potrzeby tą kulą komuś przywalić. Obłożnie chorzy wstają i wygrywają wyścig po karpia – słowem – cud!  Ja wnioskuję o uznanie lidla świętym i uzdrowicielem ;)).
Ola przytargała maszynę szczęśliwa do domu, rozpakowała, podłączyła. Działa. Zachwyt trwał może dwa dni, uszyła jedną poszewkę. Zakładam, że maszyna stoi pod ławą po dziś dzień ;-).
Marta miała postanowienie noworoczne, że zacznie się ruszać i nawet biegać. No ale żeby biegać, to potrzebny jest odpowiedni ekwipunek.  Zainstalowała sobie endomondo, kupiła ładne buty do biegania, kompletny strój, taki pasek do mocowania smartfona na ramieniu i coś jeszcze, o czym nawet już nie pamiętam, a trochę tego było. Ach, wiem – książka o tym jak biegać :)). Biegała może z miesiąc.

Tomek zapisał się na siłownię – kupił od razu karnet na pół roku, bo wychodziło taniej niż kupowanie kolejnego co miesiąc. Nigdy wcześniej na siłkę nie chodził , no ale to przecież oczywiste, że ją pokocha. Nie pokochał, za dwa tygodnie skończy mu się karnet, który chyba ostatecznie okazał się bardzo drogi, bo te dwa czy trzy wejścia na siłkę kosztowały go ok. 500 zł 😀

Co łączy te wszystkie historie? Myślenie “jak będę mieć X, to samo się ułoży”. To to samo, co powtarzane przez singli z problemami “jak będę mieć dziewczynę/chłopaka, to wszystkie problemy same się rozwiążą”. Nie rozwiążą, ale w sumie nie o tym dzisiejszy rozwojownik.
Każda z przywołanych osób istnieje, chociaż pozmieniałam im imiona. Wszystkie popełniły błąd polegający na tym, że najpierw w coś zainwestowały, a potem dopiero sprawdziły w co. Gdyby Ola spróbowała najpierw uszyć coś na maszynie po babci, Marta pobiegała kilka razy w zwykłym dresie a Tomek odwiedził siłownię plenerową, albo po prostu zapłacił za jedno wejście – może zobaczyliby, że te pasje nie były “ich”. A może wprost przeciwnie – wkręciliby się na maksa i stopniowo ulepszaliby swoje wyposażenie.
Znam młodą dziewczynę, jeszcze przed osiemnastką. Prowadzę czasem zajęcia z jej młodszym bratem. Spryciula kocha fotografię i bardzo się w nią wkręciła. Zaczęła od zwykłej cyfrówki,  potem zaczęła pstrykać koleżankom ze szkoły “sesje” za dyszkę lub dwie. Z czasem zebrała pieniądze na używaną lustrzankę, a dzisiaj ma już całkiem pokaźną kolekcję obiektywów i innych rzeczy, których nazw nawet nie znam. Ale najważniejsze – ona z tego wszystkiego korzysta!
Gdy chodziłam na karate, co roku obserwowałam napływ “nowych”. Dzieciaki dzieliły się na dwie grupy – na tych, którym mamusie już po pierwszym treningu zamawiały kompletne karategi (kimono) i biały pas, oraz na tych, którzy przez jakiś czas ćwiczyli w zwykłym t-shircie i dresie.  Nie twierdzę oczywiście, że kompletowanie niezbędnika już na starcie jest złe, ale dziwnym trafem wytrwalsza była ta grupa, która zanim dostała upragniony strój, przepociła kilkanaście bawełnianych koszulek.
Nawiązując do metafory papieru toaletowego – ja uważam, że umiejętność maksymalnego wykorzystania ostatniego listka jest bardzo kluczowa, ale jeszcze ważniejsze jest poradzenie sobie w kryzysowej sytuacji bez niego. Bo zakładam, że jeśli chcesz się podetrzeć, to znajdziesz szybko inny sposób (chusteczki do demakijażu, waciki, gazetę, ręcznik papierowy). Więc czemu nie spróbujesz zacząć od siłowni plenerowej? Od biegania w parku? Od wykorzystania tych zasobów, które już masz? ;). 
Mówię to zawstydzona, że rok temu kupiłam w końcu nowy aparat, a do tej pory nie przeczytałam jego instrukcji ;-).
Zadanie tego tygodnia polega na przemyśleniu, czy masz jakąś pasję, której nie realizujesz, bo czegoś nie masz. Spróbuj maksymalnie efektywnie wykorzystać te zasoby, które już masz i skup się esencji, czyli samej pasji . A może coś da się zrobić własnoręcznie? Obejść to w inny sposób? Z doświadczenia i obserwacji wiem, że stopniowe rozbudowywanie własnego zaplecza jest po prostu rozsądniejsze – ktoś, kto upiekł już niejedno ciasto, wie czego oczekiwać od formy do tarty i kupi ją bardziej świadomie. Ktoś, kto przebiegł już trochę kilometrów, dobrze wie czego oczekuje od butów. A zawstydzająca mnie nastolatka robi lepsze zdjęcia telefonem, niż ja lustrzanką ;-).
PeeS. Butoholizm jest nieuleczalny. Poszłam po owoce :
Buciki za 17.99 do kupienia tutaj (klik). Szybko znikają, trzeba się spieszyć 😀

Pees dwa :
Na instagramie obiecałam, że wstawię dzisiaj przepis na pyszną tartę z owocami (chodzi o to zdjęcie – klik). Mam w zwyczaju dotrzymywać obietnic i postaram się sprostać zadaniu, ale może być dwugodzinny poślizg, za co już teraz przepraszam. )

Niektóre teksty widzą tylko subskrybenci (nie lądują na “głównej”) –

 jeśli chcesz być na bieżąco, zostań obserwatorem w google lub na bloglovin 🙂 A jeśli dany tekst Ci pomógł, sprawisz mi przyjemność, jeśli klikniesz +1 w g+ pod tekstem 🙂

Follow on Bloglovin

Komentując oświadczasz, że znasz regulamin

Uściski, Ania

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
Previous
17 fryzur, których bym sobie nie zrobiła
Życie jest jak ostatni listek papieru toaletowego