Ulubione – Noblista, którym gardzili, ferrari wśród kosmetyków i krem który zjadł mi brat

Na rozgrzewkę powracam z czymś lżejszym i przyjemnym – z ulubieńcami. 
To nie jest zbyt regularny cykl na blogu. Jestem marudna i wymagająca, ale też stanowcza i trochę za bardzo szczera (za co nieustannie obrywam :D). Na szczęście trochę tych produktów się zebrało, więc zapraszam do lektury!
Po kolei 😉
Książki – jakiś czas temu facebook wypluł mi informację, że jest rocznica przeczytania przeze mnie książki “Myszy i ludzie” Steinbecka. Do dziś pamiętam, jak poruszyła mnie ta krótka książeczka i jak trudną decyzję musiał podjąć bohater. Steinbeck jest laureatem Literackiej Nagrody Nobla, ma dar pisania prostym językiem o trudnych sprawach. Ogólnie to jest z nim skomplikowana sprawa – w młodości był pracownikiem fizycznym, kontakty z innymi ludźmi w podobnym położeniu ukształtowały jego osobowość i trochę tematykę dzieł. Potrafił jednak pisać o  bardzo skomplikowanych sprawach w niezwykle poruszający sposób.
To, co zachwyciło w jego pisarstwie ludzi, nie znalazło uznania wśród tzw. “elit”, które były rozczarowane jego płytkim postrzeganiem problemów społecznych i ubogim językiem.
Szkoda, że ci wielcy intelektualiści siedzą i myślą, a nie potrafią do prostego człowieka trafić, bo są całkowicie oderwani od problemów codziennego życia.
Pewne rzeczy się nie zmieniają – dzisiaj  “elity” też toną w tromtadracji.
Aż mam ochotę zacytować ukochanego Tuwima z tą jego intelektualną zupą, ale ugryzę się ten jeden raz w język.
Facebook przypomniał, ja przeczytałam po raz drugi. Byłabym zaszczycona, gdyby ktoś z Was poświęcił godzinkę (to tylko 70 stron!) na lekturę (klik)
Dla odmiany – coś lżejszego 🙂 Tak, okładka nie kłamie – sprawdzam czy moje drzwi są dobrze zamknięte za każdym razem i chyba szybko nie przestanę 😀 Ze smutkiem muszę przyznać, że poprzednia pozycja autorki (“Idealna”) mocniej budowała napięcie, ale to wciąż jest świetna, naprawdę świetna pozycja. Akcja rozgrywa się w Krakowie (aż mam ochotę odwiedzić to miasto!) i nie mam pojęcia co więcej o tej książce napisać, by nic nie zdradzić. Zazwyczaj nie lubię tkania fabuły z wielu pozornie niepowiązanych wątków jednocześnie, ale tutaj bardzo gładko splatają się w pewnym momencie. Wróżę autorce dużą karierę 😉
Kombinezon ze zdjęcia służy mi za pidżamę. Super wygodny, aż do momentu gdy masz ochotę zrobić siku. Ale to problem z wszystkimi kobinezonami 😀
Uwielbiam być opalona, ale nie lubię długo leżeć plackiem. Bez książki to już w ogóle sobie nie wyobrażam. Opalanie odbieram mniej więcej tak, jak poznany we Włoszech Kenijczyk, który powiedział “dopóki nie przyjechałem do Europy, nie rozumiałem co to jest to całe opalanie. Myślałem, że ci ludzie po prostu śpią na plaży” 😀
Kosmetyk marki PUPA przyspiesza proces opalania i przedłuża opaleniznę. Cudeńko 😉

 Chciałam napisać “jestem leniwa”, ale zobaczyłam w głowie wzrok mojej mamy, która się wkurza gdy tak mówię. Okej, nie jestem leniwa, ale jestem wygodna i lubię proste rozwiązania. Prawie nigdy nie chce mi się malować, a już tym bardziej w podróży. Dość dawno dostałam od Hebe piękne nowe pędzle, konkretniej:

F01 – pędzel do pudrów
F07 – pędzel do podkładów płynnych
E02 – pędzel do cieni kremowych
E06 – pędzel do „smokey eyes”
Etui
Gąbkę do makijażu 3D (to fioletowe jajeczko ze zdjęcia)

Muszę to jednak napisać – wyjdzie na to, że jestem leniwa, bo od tamtego czasu korzystam wyłącznie z tych pędzli – wrzuciłam je do kosmetyczki gdzieś jadąc i w sumie to nie zmieniłam zestawu od tej pory. Przeżyły bez szwanku kilka prań i nie gubią włosia. Zapewne jajeczko zużyje się najszybciej, ale zdecydowanie zestaw zdaje egzamin! Moim ulubionym okazał się E06, dokupię pewnie sobie jeszcze pędzle do różu. No i ważna rzecz – to są pędzle wolne od cierpień, czyli nikt nie wyczesywał dla nich kozy, łasicy czy innej norki. Jem mięso i tak dalej, ale maziając się czymś takim po twarzy miałabym uczucie jakbym ucięła kotu ogon aby się nim gdzieś posmyrać. Creepy!
Ciemne szminki – tutaj mam na ustach Cherry Nectar z Sephory, widziałam, że kilka odcieni przecenili na 12 zł! (niestety nie ten).
Maska do włosów od Anwen – dostałam wszystkie trzy, wersję do włosów niskoporowatych puściłam dalej w świat (spokojnie, Anwen wie :D) i przyszła pora umieścić ją w ulubieńcach. Uświadomiłam to sobie, gdy nie zabrałam jej na wyjazd i użyłam czegoś bardzo randomowego. maska pięknie pachnie kakao, ale  ja wolę na włosach świeże lub cytrusowe zapachy więc gryzie mi się z każdym szamponem. Zapach sam w sobie jest piękny i mogłabym mieć np. taki balsam do ciała.
Maski Anwen kupicie tutaj http://sklepanwen.pl/

 Ten migadłowy krem z rossmanna to jest niebo. Nie mam nic więcej do dodania 🙂

 Znacie coś takiego jak podstawowy błąd atrybucji? Jednym z takich zachowań jest nieuzasadnione przypisywanie pozytywnych cech komuś lub czemuś ze względu na np. dobre wspomnienia. Uwielbiam kremy Miya (myWonderBalm). Tanie (30 pln bez promocji), wydajne, w tubie, o pięknym zapachu (zużyłam kilka tubek mango, a ja generalnie nie pamiętam nigdy o kremie!). No i otrzymałam miłą niespodziankę – nowość… która jest zupełnym przeciwieństwiem poprzednich kremów.
W słoiczku.
Kosztuje prawie 100 zł
nie pachnie Mango
Ale… ten krem jest genialny. Wróć. To nie krem. To eliksir.
Musicie wiedzieć, że miałam okazję poznać założycielki marki MIYA. Prawdopodobnie tylko dlatego nie zareagowałam przewróceniem oczami na informację o tym, że można eliksir stosować jako krem, serum, olejek, maseczkę do twarzy, preparat na końcówki włosów, rozświetlacz (!)…
Czytając to miałam przed oczami jedną z dwóch założycielek opowiadającą o nowym produkcie, który chce wprowadzić. O kremie, który będzie jak “kulka mocy” – kondensował w sobie wszystko, co najlepsze. 
O mamo, dziewczyny z MIYA naprawdę to zrobiły!
Napakowały samą dobroć do jednego małego słoiczka. Skoncentrowały tam olejek chia, ze słodkich migdałów, kokosowy, ekstrakt z planktonu i jeszcze mnóstwo innych rzeczy, jednocześnie nie pakując tam żadnych zapychaczy – silikonów, PEG-ów, parafiny, olejów  mineralnych…
WOW.
Naprawdę WOW.
Tak bardzo się cieszę, że dostałam go w prezencie, bo pewnie sama nie kupiłabym sobie kremu za 100 zł i straciłabym przez to wiele fajnego. 
myPowerElixir nadaje się do suchej i atopowej skóry. Gdybym musiała ograniczyć się do jednego kosmetyku pielęgnacyjnego, musiałabym nagiąć tę zasadę i wybrać dwa – myPowerElixir i żel aloesowy 😉
Ferrari wśród kosmetyków.
Z tą różnicą, że mnie na nie stać 😀
Chciałam rozpłynąć się nad tym scrubem do ust, ale był w poprzednich ulubieńcach. ups!

 Paznokcie – nigdy nie byłam fanką paznokci. Ba! był czas, że długimi paznokciami gardziłam. Jako nastolatka nazywałam inne laski tipsiarami, paskudnie szufladkując je na bazie czego tak powierzchownego jak wygląd. Jest mi za to bardzo wstyd.
Gdy Pata z patabloguje (widzimy się w piątek, yay!) zrobi mi paznokcie, czuję się zadbana.  Dziękuję Patka!

No i Włochy. Spędziłam cudny tydzień.
Poparzyłam sobie język i usta gorącą pizzą.
Nie żałuję.
Zjadłam pyszne Calzone w nieprzyzwoitej ilości.
Było super. Z całego serca dziękuję za to Ani Kani z bluekangaroo! http://blue-kangaroo.pl/, najlepszego studenckiego bloga ever, pisanego przez studentkę, która wycisnęła studia jak soczystą cytrynkę z wybrzeża Amalfi 😉

Psst! Od jutra wracam z tekstami. Dzięki za cierpliwość, potrzebowałam przerwy, za dużo zmian w życiu w krótkim czasie.
:*





Bądź na bieżąco! 

  INSTAGRAM ❤ FACEBOOK 
❤ FACEBOOK MONIKI 


Niektóre teksty widzą tylko subskrybenci (nie lądują na “głównej”) –

 jeśli chcesz być na bieżąco, zostań obserwatorem w google lub na bloglovin 🙂 A jeśli dany tekst Ci pomógł, sprawisz mi przyjemność, jeśli klikniesz +1 w g+ pod tekstem 🙂

Follow on Bloglovin

Komentując oświadczasz, że znasz regulamin

Uściski, Ania
Previous
Dlaczego chciałam rzucić bloga?
Ulubione – Noblista, którym gardzili, ferrari wśród kosmetyków i krem który zjadł mi brat