Instagram has returned invalid data.

Dzień dobry, przestaję być niewolnikiem.

Jest takie pojęcie jak “druga granica”. Masz np. dwie kontrolki, pomarańczową i czerwoną. Jak zignorujesz pierwszą, możesz jeszcze wszystko naprawić. Jak zignorujesz drugą to potem już żadne ostrzeżenia nic nie dadzą. Sprawdzono to na pilotach samolotów by lepiej zrozumieć katastrofy lotnicze.

Coś w tym jest. Ktoś się opiera przed automatami, ale da się skusić na jednorękiego bandytę. Przekroczył pierwszą granicę. Ale potem łamie swoje “tylko jeden raz”. I już koniec – będzie karmił maszynę monetami aż zobaczy pustkę w portfelu. A może i wtedy pożyczy pieniądze od kolegi.
 Tak samo jak zepsucie diety po pierwszej czekoladce. A potem całej tabliczce. A później już kij z dietą, i tak będę gruba. Jeden opuszczony trening da się nadrobić. Ale jeśli twoja druga granica to np. pięć dni – po byle wyjeździe czy chorobie wszystko idzie się…
Nie lubię narzekać na swoje zdrowie, zazwyczaj zaciskam zęby i staram się bardziej, chociaż mam już wrażenie że bardziej się nie da. Ale ostatnio było tragicznie, tuż przed Cyprem. W tym wszystkim najbardziej frustruje mnie chyba to, że mam ten stan poniekąd na własne życzenie. Są na świecie piękne miejsca z rewelacyjnym powietrzem. I w tych miejscach moje oskrzela nie wariują. Nie muszę non-stop jeść wysokokalorycznie by zapewnić sobie energię, której i tak nie staracza bo mam 34 stopnie Celsjusza. Co i tak nie jest taką tragedią jak kiedyś.
Scenka rodzajowa, wizyta u lekarza
– Gorączka jest?
– Nie, mam 32 stopnie
– Niemożliwe, z taką temperaturą ludzie umierają, to hipotermia! – rzekł lekarz i przystawił mi na termometr do czoła by udowodnić że się mylę. A potem rzucił tylko
– O kurwa.
I dalej bez komentarza.
Więc robię “wszystko”. Jem imbir, wykonuję ćwiczenia oddechowe, osuszam oskrzela kaszą jaglaną. I potem nagle robi się beznadziejna pogoda, ludzie z biedy* palą w piecach czym popadnie, w powietrzu jest pył, kurz i nie wiem sama co jeszcze. Mimo starań robię się osłabiona od walki z tym shitem i potem byle bakteria mnie atakuje i koniec. Zdycham.
Kupiłam sobie kilka dni “urlopu od choroby” – tani wypad na Cypr. I magia – oskrzela pracują jak trzeba, powietrze wymarzone. Czyste, morskie. Słońce daje mi witaminę D. Odżywam w dwa dni. 
Są kraje w której chorób podobnych do mojej praktycznie nie ma. Nawet jeśli są genetyczne to nikt ich nie zauważa, bo okoliczności przyrody nie dają odczuć żadnych problemów. 
Więc co ja tu do cholery jeszcze robię? Nie wiem.
Moje życie zaczęło jakiś czas temu przypominać bawełniane gacie. Praktyczne, bezpieczne, wygodne i tak beznadziejnie nudne że aż boli. Wszyscy wokół mnie, eskperci z koziej dupy i politycy trąbią o tym, że młodym brak poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji. Nie wiem, ja mam poczucie, że zawsze sobie poradzę. Bo taka jestem. Zawsze sobie radziłam. Bez względu jak beznadziejnie było. 
A obecnie jest stabilnie. Serio. Nie mamy wojny, nie trzeba chować się w podziemiu. Starcza mi pieniędzy, inne sumiennie odkładam. Mam swoje małe, bezpieczne, ciche życie. I… mam go dość.
Na co ja do cholery czekam?
*Na historii w czwartej klasie podstawówki uczą, że pańszczyzna była zła i to był wyzysk chłopów. Jednocześnie jakoś umyka nam, że więcej zapieprzamy na podatki niż pracował na rzecz pana chłop pańszczyźniany.

W ciągu dnia pracujemy dłużej niż rzymscy niewolnicy, a wydaje się nam, że żyjemy w wolnym społeczeństwie – A. Fornés

 Nasz system podatkowy jest jednym z najgorszych jakie istnieją. Wypełniasz te PIT-y, spowiadasz się z każdej zarobionej złotówki a większośc tych pieniędzy idzie na utrzymanie Urzędów Skarbowych. Czy to nie absurd? W moim mieście wczoraj zginęła kobieta (samochód ją uderzył). Nowy dworzec PKP świeci się jak choinka, świetłka świąteczne na każdym kroku a kawałek dalej dzieciaki wracają ze szkoły po ciemku. Emeryci chodzą do kościoła z latarkami. Nasze ciężko zarobione pieniądze idą na jakieś wdowy smoleńskie. Współczuję. Ale na przyszłość polecam ubezpieczenie na życie. Amen!
Jestem wściekła, bo tutaj wszystko stoi na głowie. Państwo chwali się “pomocą” i programami wsparcia, a tak naprawdę w jego interesie jest istnienie ludzi biednych. Zawsze było, nie ważne jaka władza. 

Kto żyje ze zwalczania wroga, zainteresowany jest tym, aby wróg jak najdłużej istniał. Friedrich  Nietzsche

Gdyby Kowalski zarabiający 1500 złotych dostał do ręki 3 tysiące, to nie nie wrzucałby do pieca śmieci ani nie potrzebowałby 500+. Bo on ich nie dostaje – on jest z nich najpierw w majestacie prawa odkradany. A jeśli już mamy Kowalskiego za idiotę który się nie ubezpieczy, to dajmy mu obowiązek lokowania na swoją emerytuę. Ale dajmu mu prawo decydować gdzie chce ubezpieczyć się jeśli chodzi o zdrowie, emeryturę oraz do jakiej szkoły chce posłać dziecko. Bo taki Kowalski płaci składki a jak go boli ząb to nagle nie ma miejsc i najbliższe za dwa miesiące. Więc i tak płaci prywatnie, nie daj Boże biorąc wcześniej jakąś chwilówkę, bo 200 zł na dentystę to naprawdę dużo pieniędzy. Wspaniały interes, doprawdy.
Myślę o takich ludziach, którzy zgromadzili ze 400 tysięcy zł składek emerytalnych i umierają zanim tej emerytury dożyją. 400 tysięcy to dwie kawalerki, które można wynajmować innym i godnie z tego żyć. A po śmierci zostawić dzieciom lub wnukom. Dać im lepszy start.
Patrzę na swoją listę 100 celów. Gdy ją tworzyłam to było jak science-fiction czy inne fantasy. A dzisiaj punkty o których nawet nie śniłam się zrealizowały. Ot, wpisałam na zasadzie “a co tam, to tylko lista”. Tylko że od jakiegoś czasu stoję w miejscu.
Bo jest stabilnie. Bo nie jestem w bagnie z którego chce się szybko wyjść. Nie czuję żadnego oddechu niepewności na plecach. Nie robię więc żadnego poważnego kroku na przód. Nie ryzykuję. I tak sobie się zatrzymałam.
Czekam sobie w zawieszeniu. Na co? Sama nie wiem. Że te moje marzenia się kiedyś spełnią? Przecież nie same. Spoczęłam na laurach. Zobaczyłam to dopiero robiąc sobie dłuższy urlop. Nie wykorzystałam go jak chciałam. Byłam zmęczona codziennością.
W wieku 25 lat.
Nie chcę spędzić ponad połowy każdego roku pracując na rzecz państwa, które ma mnie gdzieś i które zmarnuje i sprzeniewierzy te pieniądze, dając np. jakiejś (przełykam głośno ślinę) babie która pozwala swojemu partnerowi zakatować czteroletnie dziecko i nazywając sponsorowanie patoli pomocą. Sponsoruje się nygusów i leni, a ciężko pracujący ludzie ledwo wiążą koniec z końcem. Niepracująca alkoholiczka na zasiłkach jest traktowana przez państwo lepiej niż ciężko pracująca kobieta. 
Ludzie wpadają w tą samą pułapkę co ja. Pułapkę bezpieczeństwa i bierności. Nie wykorzystują swoich talentów i możliwości, nie próbują, nie starają się. Bo przecież zaraz ktoś im da! Przecież jest pewnie i stabilnie.
Mnie do kolejnego kroku zmotywowała dopiero niestabilność zdrowia. Lato mnie rozleniwiło, uspokoiło, dało poczucie że jestem zdrowa, a przynajmniej – jak zdrowa mogę żyć. Przyszła jesień. Złudzenia rozwiał wiatr.
I bardzo, bardzo dobrze. Potrzebowałam kopa w dupę by zacząć myśleć o pewnych poważnych krokach i wypracowaniu sobie bardziej pasywnych źródeł przychodu. Przepraszam bardzo – nie zamierzam być niewolnikiem. Patrzeć jak moje życie mija, żyć jedynie w weekendy i święta a resztę czasu sprzedawać innym pracując na nich. Żyć wieczorami, bo najlepsze godziny sprzedają innym. Nie kupuję etosu pracy, cierpiętnictwa i moralności niewolniczej. To nie mój świat. Wypisuję się.
Jestem tą osobą, która właśnie przekroczyła drugą czerwoną linię. Po raz pierwszy w swoim dorosłym życiu naruszyłam swoje oszczędności. Zbierane sumiennie latami. Jestem tą osobą, która nawet nie mając czasu będzie układała puzzle dwa tysiące elementów po jednym każdego dnia. Dla przykładu – od liceum mam małą stronę internetową (w zasadzie bloga postawionego na darmowym portalu) która zarabia dziennie złotówkę. Rozwiązuje pewien mały, niszowy problem. Poza zamontowaniem na niej reklam i sprawdzaniem czy działa (raz na miesiąc), nie robię przy niej nic. Ale po kilku latach złotówka dziennie to dwa tysiące. Dwa tysiące to wakacje. Problem ludzi polega na tym, że są niecierpliwi. Chcą tu, teraz, natychmiast, nie podejmują wysiłku jeśli coś zaprocentuje kiedyś. Gdy pisałam teksty zapleczowe po złotówce za jeden (!) to nikt nie chciał się ze mną zamienić. Ale po obecnych stawkach już by chcieli. 
Kocham swoją pracę. Ale jej przekleństwo polega na tym, że nie mogę jej oddelegować komuś innemu. Ludzie mi płacą nie za to co robię, tylko bardziej za to, że to ja to zrobię.
Pora na kolejne kroki. Małe i większe. 
Ostatnio dusząc się i cierpiąc okrutnie przypomniałam sobie o zdarzeniu które miało miejsce kilka lat temu. Myślałam, że przez noc po prostu się uduszę i będzie koniec. W jakimś przebyłysku świadomości zapisałam na kartce najważniejsze rzeczy. Hasło do bloga i hasło do konta bankowego. Dwa dni później, gdy doszłam do siebie spojrzałam na kartkę i zrobiłam jedno wielkie wewnętrzne WTF.
Że niby to są najważniejsze dla mnie rzeczy?
I teraz niedawno pomyślałam o tym samym, ale w innym kontekście. Po co mi kisić te oszczędności, jeśli jutra może nie być? Jeśli życie jest tak kruche? Kiedy mam realizować swoje marzenia? Jak będę stara i zbyt zmęczona życiem?
Więc gdy Ola (http://aleksandranajda.com/) zaprosiła mnie do Tajlandii – po prostu wyjęłam pieniądze z oszczędnościówki i kupiłam bilet.
Przekroczyłam pierwszą linię.
A potem wyjęłam sobie swoje skrypty z pytaniami.
I zapytałam samą siebie, bardzo szczerze o kilka kluczowych spraw.
Ten rok to będzie #YOLO. Nie namawiam nikogo, ale samą siebie tak. Po prostu ruszam swoje oszczędności i sponsoruję sobie rok idealnego życia. Oczywiście nadal pracuję, ale pewnie mniej. Wczoraj kupiłam obiektyw, równowartość miesięcznej pensji mojej mamy🙈. Jeszcze niedawno czułabym się winna, albo wiecie – jakaś taka nieswoja. Przecież jestem rozsądną dziewczyną. Ciułam pieniążki sumiennie i spokojnie. I to mnie przeraża. 
Nie wiem kiedy dałam się wkręcić w bajkę o niewolnikach i stać się jednym z nich. Mentalnie.

But inside in the dark I’m aching to be free.

Wolę poświęcać swój czas na rzeczy ważne. Np. podróże. Podróże są ważne. Świat jest piękny, barwny, czeka aż będę go podziwiać. Nie zamierzam dać się wpędzić w poczucie winy z powodu głodu na świecie, podczas gdy biomasa owadów pozwala na nakarmienie wszystkich ludzi. Zresztą chętnie spróbuję pająka czy innego świerszcza. Po prostu nie chcę pozwolić na to, by moje życie minęło bez mojego udziału. Lub z występami gościnnymi w weekendy.
To chyba mój wniosek na najbliższy rok. Dream big. Be brave.
To irracjonalne, ale bardzo tego potrzebuję. Bardzo.
Korzystając z tego, że przez moją prywatę i dzikie pomysły i tak skradłam Ci trochę czasu, podzielę się wynikami akcji #zpoleceniaaniamaluje
Zawsze czuję takie ukłucie, że wiele osób będzie czuło rozczarowanie. Dlatego wysłałam hashtag i swoje typy do piątki znajomych w ogóle nie znających się na blogowaniu – chciałam podjąć decyzję sercem, ale też rozsądkiem. Dlatego przyznałam też 4 dodatkowe nagrody (drobiazgi) na mój koszt.
Zestaw kosmetyków o wartości 600 zł wygrywa kamate13 – nawet nie chodzi o zakupy a ostatnie zdanie i rysunek. Kupuję to.

A nagrody pocieszajki:

Dziękuję za udział. To dla mnie bardzo cenne widzieć, że mój blog wpływa na Wasze codziennie decyzje. Dlatego podjęłam też jedną ważną w swoim życiu. Mój kochany dziadek zawsze odczuwał radość z dawania jej innym. Często dostaję przesyłki PR (lub jakiś press pack). Jednocześnie sztywno trzymam się zasady 10% na cele charytatywne. Zdecydowałam się przesunąć pewną część tej kwoty na wysyłki drobnych upominków dla Was. Ostatnio była na fejsie mała zgaduj-zgadula z ekspresową nagrodą. Dostaję głównie książki i kosmetyki, chętnie będe puszczać dalej. Chcecie? 
Jeśli narobicie mi ładnie odsłon i zgłoszeń w obecnym konkursie (do wygrania zapas kociej karmy) , to na dniach wystartuje konkurs z bonem do Westwing o wartości 300 zł. Ostatnio się Wam podobało :).  Ale jeśli nie lubicie konkursów tak jak mi się wydaje, to też dajcie znać. Może niepotrzebnie się staram a Wam to wisi. Dajcie znać!
Mam na imię Ania, mam 25 lat. Biorę życie w swoje ręce.
Psst! Bluzka ze zdjęcia kupiona tutaj. Zdjęcia są beznadziejne, ale miałam wybór – albo piszę z takimi, albo nie piszę wcale. Niestety źle wybrałam i w godzinach z dobrym światłem pracuję. Ech 😛
Za kilka dni Tajlandia. Co dalej? Nie wiem. Może kupię komputer o jakim zawsze marzyłam, a wydawał mi się za drogi. Może buty. Może nic, może poczuję wolność i wymyślę coś fajnego. Nie wiem. Wiem, że dam sobie radę. Zawsze daję.
Niewolnicy wszędzie i zawsze będą niewolnikami  – daj im skrzydła u ramion, a zamiatać pójdą ulice skrzydłami. Cyprian Kamil Norwid.


Bądź na bieżąco! 
  INSTAGRAM ❤ FACEBOOK 
❤ FACEBOOK MONIKI 


Niektóre teksty widzą tylko subskrybenci (nie lądują na “głównej”) –

 jeśli chcesz być na bieżąco, zostań obserwatorem w google lub na bloglovin 🙂 A jeśli dany tekst Ci pomógł, sprawisz mi przyjemność, jeśli klikniesz +1 w g+ pod tekstem 🙂

Follow on Bloglovin

Komentując oświadczasz, że znasz regulamin

Uściski, Ania

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Bartłomiej Baranowski
Gość

Wiesz, co? Miałem trochę podobnie. Po wielu latach (no dobra. Może przeginam. Chodzi o jakieś trzy latka) biedy, znalazłem dobrą pracę i ponownie wróciłem do swojego hobby. Po prawie dwóch latach takiego względnego spokoju, jakiś czas temu miałem zupełnie podobne przemyślenie. Wydawanie pieniędzy to nie moja bajka (w moim męskim świecie, po prostu niczego nie potrzebuję oprócz zdrowia, spokoju i błękitnego nieba). Ale pomogło mi parę odcinków serialu Przystanek Alaska (naprawdę polecam). I odkryłem, że żeby być zadowolonym faktycznie potrzebne są jakieś plany i marzenia. Nawet te, które w pierwszej chwili wydają się być totalnie niemożliwe do realizacji. Bo tak… Czytaj więcej »

Previous
Gdy jesteś tą trzecią…+ KONKURS
Dzień dobry, przestaję być niewolnikiem.