Dlaczego nie chcę żyć w trybie: tak, tak, dalej, dalej

Steve Jobs podobno codziennie rano pytał się przed lustrem Czy jeśli dziś byłby ostatni dzień twojego życia, to byłbyś szczęśliwy robiąc to, co robisz teraz? Gdy kilka dni z rzędu odpowiedź brzmiała nie, wtedy wiedział, że musi coś zmienić. Więc zadałam sobie to pytanie i moja odpowiedź brzmiała… nie.

Ostatnio nie mam na nic czasu. Pojęcie work-life balance, czyli po naszemu równowaga między życiem a pracą to jakaś totalna abstrakcja. Mam wrażenie, że w styczniu cały czas pracuję i to w dodatku jak jakiś urzędnik wypełniający druczki. Nie żebym była jakaś nadgorliwa – gdy coś nie jest konieczne to olewam sprawę no ale nie wszystko da się olać.
Zdarza mi się  zimą (lub w listopadzie) coś, czego bardzo nie lubię. Studenci znają ten stan z sesji egzaminacyjnej, gdzie w krótkim czasie kumuluje się mnóstwo pracy. Nadmiar obowiązków to z kolei zmęczenie. Zmęczenie i brak czasu to chodzenie na skróty, np. zamiast pożywnego i pysznego rosołu robi się zupę z mrożonych warzyw, z groszkiem ptysiowym zamiast makaronu. Bo szybciej. Albo lepiej – pizzę. Na myśl o włączeniu blendera boli mnie głowa (bo hałas) a ja jestem niewyspana.
Robię wszystko na automacie, bez zastanowienia na co po co i dlaczego. Byle dalej, byle do przodu, ale bez jakiejkolwiek refleksji co tam z przodu jest i czy w ogóle chcę tam iść, czy idę bo jest tam udeptana ścieżka albo popycha mnie tłum zmierzający w tą samą stronę.
Gdy instaluję jakiś program na komputerze i ta instalacja jest potwornie długa, to gdzieś po trzecim komunikacie nie patrzę na co się zgadzam i klikam bez czytania tak, tak, dalej, dalej. I właśnie sobie uświadomiłam, że to samo zdarzyło mi się teraz z moim życiem, a ta instalacja i robienie wszystkiego bez refleksji skończy się wiosną. Bo w końcu patrząc przez okno powtarzam sobie pod nosem “byle do wiosny”.
Film zamieszczony przez użytkownika Moomin (@moominofficial) 11 Sty, 2016 o 10:14 PST

Nie do końca jest to moja zła wola (przy takiej pogodzie i wirujących wszędzie zarazkach czuję się zwyczajnie słabo), ale prawda jest taka, że mogłabym się bardziej postarać.
Bo stan kiedy pozwalam drobnostkom aby mnie wkurzały, nie jest zbyt fajny.
Dla przykładu – złapałam się na tym, że poniżej jakieś temperatury wisi mi jak wyglądam, bo mam ochotę założyć wielki golf, skarpetki frotte, rajstopy 300den i na to jakieś spodnie lub cokolwiek, opatulić się szalem, mocno nasunąć czapkę. Worki pod oczami mam gdzieś,  nakładam jedynie grubą warstwę kremu chroniącego od wiatru i pomadkę ochronną. Czuję się jak taki wielki bezbarwny muminek. Paznokci nie malowałam od dwóch tygodniu, na myśl o zapachu lakieru (nawet delikatnego) boli mnie w płucach i chce mi się kaszleć. Bez lakieru czuję się taka…niezadbana.
Ok, spróbuję coś z tym dniem zrobić. Otwieram rodzynki w czekoladzie – pyszne. Ale nie zjadłam całej paczki, więc resztę zamykam jakąś idiotyczną klamerką i mnie to wkurza. Nie wiem czemu, ale wkurza mnie małe opakowanie z wielką klamerką. Jakby nie było większych problemów na świecie, jakby ta głupia klamerka była ważna. Ale mnie wkurza.
Wkurza mnie chodnik, posypany czymś idiotycznym co zamieniło śnieg w taką szarą zbryloną wodę. W dodatku pod spodem jest lód i ta obleśna maź na wierzchu tworzy niebezpieczną kombinację. Nie jest bardzo zimno, ale nie da się założyć żadnych ładnych butów, bo to będzie ich ostatni spacer. Wybieram płaskie, krótkie kalosze. Potem po całym dniu bolą mnie pięty, bo jak wiecie – przy mojej budowie kolan za dużo ciężaru ląduje własnie na piętach.
Dalej – robię sobie obiad, więc chcę szybko związać włosy. Jak na złość – nie mam pod ręką żadnej gumki, więc nawijam je na taką szpilkę do włosów. Znaczy – długopis. Czuję się jeszcze bardziej jak jakaś zapuszczona kura domowa. Dzwoni telefon – szukam go w torebce i szukam, znajduję gumki do włosów (których wcześniej znaleźć nie mogłam), jakieś paragony, torbę na zakupy notes, długopis, ale gdzie ten cholerny telefon?! Znowu się denerwuję. Zrobiłabym sobie jakieś pyszne smoothie, ale o tej porze roku nie ma za bardzo sensownych owoców, bo urodziłam się akurat w kraju o beznadziejnym położeniu.
Mówię ok – spróbuję coś zmienić, nie mogę się tak wkurzać. Pracując odpalam sobie w tle youtube, może podszlifuję angielski. Trafia mi się filmik Mimi Ikonn, która opowiada o tym, że pracując w domu ubierała się w dresy czy inne super wygodne i super brzydkie rzeczy, to czuła się jakoś gorzej, aż wprowadziła w życie zasadę “always dress your best”. Myślę – ok, to może być to i szybko wyciągam pierwszą z brzegu sukienkę. Wkurzam się, że wisi mi w talii, a mniejszy rozmiar nie wchodził w grę, bo nie zmieszczę bioder i biustu. Potem jeszcze drukarka żąda aktualizacji oprogramowania (akurat wtedy, gdy chcę wydrukować coś na już!) i typowy “wkurw” i złoszczenie się nie wiadomo o co gotowe.
 Po wieczornym prysznicu robi mi się nieprzyjemnie na widok włosów w odpływie. Fuj, nie znoszę tego momentu, kiedy trzeba wyjąć je z sitka. Mimo, że to moje włosy, ale no – co tu dużo mówić – fuj!
Niby nic się nie stało – nikt nie umarł, nic mi jakoś specjalnie mocno nie dolega (poza osłabieniem i zmęczeniem) a że zima w Polsce jest kijowa to mogłam przewidzieć dawno temu.

STOP!
Przecież to ja pozwoliłam tym głupotom mnie irytować. Nie zrobiłam nic, aby pozmieniać to, co doprowadza mnie do takiego szału. A skoro nie podjęłam żadnego działania (oglądanie filmików “motywacyjnych” to nie działanie!) to nie mam prawa narzekać. We własnym życiu stałam się tym beznadziejnym obywatelem, który nie chodzi na wybory bo to i tak nic nie zmieni, a potem wkurza się że ktoś wprowadza ustawy nie po jego myśli.

Więc po pierwsze – na czas pracy w domu ubrałam się w coś, co poprawia mi humor. Jestem maniaczką kropek, bo są wesołe i wywołują u mnie uśmiech. Sukienkę kupiłam za całe 39 zł tutaj (klik). Gdyby drugą potrzebowała jakaś koleżanka, byłoby na nią -55%. Gdyby to było moje pierwsze zamówienie, miałabym -60%. Po raz pierwszy zobaczyłam ją u Marty z codzienniefit (klik). Niestety nie wyglądam w niej tak dobrze jak Marta, ale fakt że kupiła ją za 45 zł wyzwolił u mnie instynkt łowcy :)). I zakładając tą sukienkę mnie olśniło.
Chińczycy są w stanie rozwiązać 95% moich problemów “z dupy”.

Ale od początku.
Zastanowiłam się, co mogę zmienić. Krok pierwszy – nie robię ostatnio tego, co daje mi satysfakcję. Siedzę w umowach, papierkach, podpisach. Czy mogę coś z tym zrobić? Delegowanie tego obowiązku odpada, bo są to często dokumenty poufne, a ja staram się dochowywać tajemnic i mam na tym punkcie świra. Czy te papierki sprawiają mi radość? No niezbyt, ale są częścią fajnych rzeczy które robię, więc trzeba je znieść jak tę chwilę bólu u dentysty, bo efektem jest brak bólu potem. No ale nie chcę siedzieć w papierach cały czas… Rozmaitych wniosków też nikt za mnie nie napisze, ale wymyśliłam jak delegować chociaż część zadań – można wysyłać na pocztę kogoś innego, np. jakiegoś dzieciaka który sobie chętnie dorobi do kieszonkowego a i tak chodzi podobną drogą do szkoły (poczta jest w moim mieście w pobliżu gimnazjum). Problem solved.
Z firmą dla której raz na jakiś czas piszę różne teksty na strony, ulotki itp, umówiłam się na umowę o dzieło za kilka tekstów albo na dłuższy okres czasu (np. kompleksowa obsługa czegoś tam od stycznia do czerwca), by mieć mniej świstków do ogarniania. Dopinamy to.
Jest lepiej.

Myślę dalej, co bym chciała zmienić. Wiadomo, pogoda – jest jaka jest, tego nie odczaruję, ale mogę spróbować ją polubić. Przynajmniej spróbować! Pewnie, że wolałabym czuć się tak:

I w ładnym stroju (klik) opalać się w słońcu. Więc w przyszłym roku powinnam sobie przewidzieć na zimę jakieś krótkie wakacje w ciepłym miejscu i tak pewnie zrobię. W tym niestety mam już pełny kalendarz.
Ale przestudiowałam po kolei wszystko, co mnie denerwowało, te małe drobnostki wkurzające jak użądlenie komara. Niby nie boli, niby nic groźnego, ale ma się ochotę wybić ze złości wszystkie komary na świecie (skoro wasz Jehowa jest doskonały, to po co stworzył komary? rzuciłam kiedyś wyjątkowo upierdliwym Świadkom Jehowy by zbić ich z tropu :)). Nie jestem dumna z tej dziecinnej zagrywki :).

1. Strój – no tak, zimą bywa słabo, ale przecież sama wiem, że grube rajstopy i spódnica to cieplejsze rozwiązanie niż rajstopy+spodnie. A że butów szkoda, to tylko moja głupota, bo w końcu to buty są dla mnie czy ja jestem dla butów? No właśnie.
Bolące pięty po noszeniu kaloszy? Kupiłam przecież masażer. A są specjalne chłodzące skarpetki na pięty. Oczom nie wierzę, ale są:

Żelowe skarpetki na pięty (klik). Jeśli ich czyszczenie będzie tak proste jak myślę, to już wiem co mi się przyda.

W tym miejscu moje szczere gratulacje dla 85- letniej Chinki Tu Youyou która otrzymała właśnie Nobla z medycyny. Dawno temu ludzie szukali leku na malarię. To co wymyślono działało, ale potem się choroba uodporniła i ludzie umierali w męczarniach. Więc nie wdając się w wyjątkowo nieprzyjazne tło historyczne i polityczne, Chinka zamiast wymyślać koło na nowo, zaczęła wertować stare, ludowe przepisy (Chińczycy w odróżnieniu od chrześcijańskich europejczyków nie palili czarownic na stosie, tak samo jak “ksiąg zakazanych”). Wertując i sprawdzając natknęła się na starożytny (sic!) przepis. Wypróbowała recepturę, zbadała skuteczność i tym samym opracowała skuteczny lek. Nie wiem czy bardziej podziwiam odwagę pani Tu Youyou (która między innymi przetestowała ten lek sama na sobie) czy ogromną mądrość tradycyjnej medycyny chińskiej (w końcu smutne jest dla naszej “cywilizowanej” medycyny, że starożytni wymyślili skuteczny lek na malarię, a ci współcześni  nie dali rady).
No ale przecież medycyna tradycyjna to zło i zabobon, a sterydy z milionem skutków ubocznych są takie super.

Wracając do tematu, wypiłam zamiast smoothie wodę z imbirem, a na listę zakupów wrzuciłam sobie gotowe smoothie z tygodnia xxl (mango, jabłko, banan) i mrożone owoce  (leśne i maliny) (klik). Narzekanie na brak sensownych owoców okazało się irracjonalne.
Paznokcie? Ok, niepomalowanych nie lubię, ale wdychanie oparów mnie trochę przeraża. Właśnie dlatego paznokcie maluję głównie od wiosny do jesieni – na balkonie. Więc skoro dostałam kiedyś w prezencie lakier, top i bazę do hybryd, to może warto dokupić brakujący sprzęt i zacząć robić sobie te hybrydy, ograniczając problem do dwóch “malowań” w miesiącu?

Okazało się, że lampę-mostek można kupić już za ok. 20 zł (klik), a ostatnim brakującym składnikiem są waciki bezpyłowe, które bez problemu kupię po drodze na uczelnię.
Co jeszcze mnie wkurzało, a mogę to zmienić?
Otwarte opakowania. Przyprawy, które wietrzeją, niedojedzone rodzynki, landrynki, które chciałabym wrzucić do torebki, ale nie cierpię dźwięku obijania się cukierków o metalową puszkę i inne takie. Początkowo myślałam o przesypywaniu tych rzeczy do woreczków z klipsem, ale nawet ikea nie ma takich malutkich. Może woreczki strunowe? Aż natknęłam się na na miniaturowe urządzenie do zgrzewania folii na nowo. Za mniej niż dwa dolary (klik).
Co mnie jeszcze denerwowało? Bałagan w torebce. Wieczny. Tu jest prosto, bo organizer do torebki można kupić chyba nawet w drogeriach natura (kiedyś były), ale ja dorzuciłam sobie do koszyka w sklepie, do którego znalazłam kiedyś kupon zniżkowy:
Za dwa dolary. A nawet nieco mniej. (klik)
Na aktualizacje drukarki i innych programów, rozwiązania niestety nie znalazłam. Smuteczek. Milion razy kazałam mojemu windowsowi spadać na drzewo z tymi propozycjami aktualizacji do 8.1, ale to uparte nie słucha. Cóż, nie wszystko da się zrobić. Ale np. z sukienkami luźnymi w talii można.
O tak:
Sukienka z wiązaniem (klik)
Zasugeruję coś takiego krawcowej następnym razem, zamiast zaszewek, które wszystko psują. No i może zamiast narzekać, nauczyłabym się w końcu szyć i przerabiać ubrania sama? Z dwojga złego wolę zwężać sobie ubrania niż nie mieć talii i czuć się jak kartofel. 
Związywanie włosów na czubku głowy – ok, gumkę mogę zawsze nosić jak bransoletkę. No ale zawsze mnie potem boli skóra głowy, gdy za długo taki koczek noszę. Gumka się odgniata, więc opcja upięcia włosów za pomocą długopisu czy pałeczki jest najwygodniejsza. Trzyma mocno jak diabli, włosy nie są mocno ściśnięte,  a metoda pozwala utrzymać nawet długie włosy (gdy miałam, to przetestowałam). Mowa o tej metodzie:
Wygląda zbyt prosto by mogło działać, ale działa niesamowicie. Jest tylko jeden mały problem. Z długopisem albo ołówkiem we włosach wyglądam jak kretynka.
Do upinania górnych pasm spodobało mi się coś takiego (klik). Większy wybór ładnych drewnianych i metalowych szpikulców jest jednak na ali, i w wolnej chwili pobuszuję tam mocniej ;-).

Co do włosów w sitku, to rozwiązaniem miał być jantar i powrót do picia soku z pokrzywy, po który wybiorę się jutro. Na osłabienie i brak energii też powinien coś zdziałać. I wtedy przypadkiem, szukając ładnych foremek na muffinki, objawiło mi się to:(klik)

I wtedy zrozumiałam, że mądrość Chińczyków jest nieskończona.
Okazało się, że wszystkie moje problemy były totalnie niepotrzebne, bo można im łatwo zaradzić. No i to wkurzanie się o nic – przecież to ja decyduję, czy pozwalam drobnostkom doprowadzać mnie do szewskiej pasji, czy nie. Zatem wciąż nie mogąc doczekać się wiosny, spróbuję uśmiechnąć się do zimy.
Ach i jeszcze jedno – wszystkie te rzeczy spokojnie można kupić też na aliexpress – to żaden problem. Dostaję ostatnio dużo pytań o takie zakupy. Kiedyś zamieściłam krótką instrukcję “Jak kupować z Chin” i jeśli jest taka potrzeba – mogę zrobić aktualizację i opisać różnice między kupowaniem ze sklepów (romwe, shein, choies, sammydress, dresslink,bornprettystore, buyincoins), aplikacjami których zdecydowanie NIE polecam (np. wish) a aliexpress. Tylko dajcie znać czy chcecie, bo to sporo pracy :)).
Np. na sammydress płacimy za przesyłkę której cena jest zależna od wagi (stąd niższe niż na ali ceny), ale to i tak nie wychodzi wiele (poza butami czy torebkami).
W ich walentynkowej ofercie (klik), można upolować np. taką piękną sukienkę:
którą zamawiałam dla koleżanki (ma oceny na pięć gwiazdek). Ofertę walentynkową można znaleźć tutaj (klik). Tylko uprzedzam – przeglądając bajeczne sukienki nie zjeżdżajcie wzrokiem na sekcję męskich prezentów, bo są tam obleśne  męskie majtki. Główna różnica między sklepami a ali jest taka, że na ali jest wielu sprzedawców i mogą nie wysłać towaru (wtedy serwis bez problemu zwraca kwotę). Jest to jednak bezsensowne mrożenie pieniędzy. W sklepach nie ma takiego problemu, jednak bez kuponów ceny są często trochę wyższe (w zamian np. zobowiązują się zwrócić ewentualne opłaty celne).  Darmową przesyłkę ma np. bornprettystore (makijaż, zdobienie paznokci) i tam z moim kodem NPH10 jest dodatkowe 10% rabatu. Nierejestrowane przesyłki potrafią za to iść nawet dwa miesiące :).
Nie jest też prawdą, że dostaję ubrania i inne rzeczy w ramach barteru – wtedy musiałabym mieć banerki na blogu, a to mi się nie podoba. Owszem, dostaję wiele takich propozycji ale z nich nie korzystam (nie twierdzę, że korzystanie to coś złego).   Korzystam za to z modelu afiliacyjnego, czyli gdy ktoś kupi coś z mojego linka polecającego, otrzymuję z takiej transakcji jakiś procent 🙂 Zawarłam taką informację w regulaminie bloga, ale raz na jakiś czas warto przypomnieć. Zamiast pieniędzy wybrałam model gdzie dostaję punkty, które obniżają ceny produktów. Np. jeśli 10000 punktów to 10$ a chcę kupić sukienkę za 15, to dopłacam punktami i płacę za nią 5. Jeśli kupujecie coś w jakimkolwiek sklepie, sprawdźcie w stopce czy ma program afiliacyjny. Jeśli natomiast ktoś nie chce dać mi “zarobić”, wystarczy usunąć pliki cookies (ciasteczka) przed zakupem:).
Ja tymczasem zadałam sobie kilka ważnych pytań by otrząsnąć się z trybu “tak, tak, dalej, dalej” :). 

Bądź na bieżąco! 

  INSTAGRAM ❤ FACEBOOK 
❤ FACEBOOK MONIKI 

Niektóre teksty widzą tylko subskrybenci (nie lądują na “głównej”) –

 jeśli chcesz być na bieżąco, zostań obserwatorem w google lub na bloglovin 🙂 A jeśli dany tekst Ci pomógł, sprawisz mi przyjemność, jeśli klikniesz +1 w g+ pod tekstem 🙂

Follow on Bloglovin

Komentując oświadczasz, że znasz regulamin

Uściski, Ania
Previous
Tydzień w papierach, szok u dentysty i dzieła sztuki bez glutenu [tygodnik]
Dlaczego nie chcę żyć w  trybie: tak, tak, dalej, dalej